Ogłoszenie

Dear Friends,

It is with a heavy heart that we have decided to retire our beloved Forum Detroit. It has served the Polonia Detroit for over 10 years, and was a source of joy for many. However, after many months of inactivity, the time has come to bid it farewell.

Deepest and warmest thanks to all those who contributed to Forum discussions over the years, either by sharing their thoughts or reading those of others. Your presence and participation served as a building block of this online polish community.

Forum Detroit

#1 04.01.2009 12:25:23

Zoomboy
Legendarny Mistrz Forum
Od: USA
Zarejestrowany: 07.09.2007
Posty: 13193

PGR Jackowo

Środa, 1 kwietnia 2009 
PGR Jackowo
Rozmowa z Jarosławem Chołodeckim, byłym działaczem polonijnym, o nieporadności polskiego Chicago


Cezary Łazarewicz: – Viktor Forys, który był polonijnym kandydatem w wyborach uzupełniających do Kongresu Stanów Zjednoczonych, poniósł właśnie druzgocącą klęskę. W dystrykcie piątym w Chicago, w którym mieszka 110 tys. polonusów, zagłosowało na polskiego kandydata tylko 5,5 tys. osób. Dlaczego Polacy zostali w domu?

Jarosław Chołodecki: – Forys, zanim wydał jakiekolwiek pieniądze na kampanię, powinien szukać poparcia we wszystkich środowiskach: od prawa do lewa. Gdyby powiedział: chcę być waszym reprezentantem, stwórzcie ze mną polską agendę, to byłby wspólny interes. Natomiast polskim kandydatom to się nie zdarza. Mówią: Jesteś Polakiem, to masz głosować na Polaka. A to nie działa.

My źle gramy zespołowo. Tak jest w Polsce i tak jest tam, w Chicago. Nie stworzyliśmy społeczeństwa, które lansowałoby collective action. Z naszym charakterem narodowym kojarzy się pospolite ruszenie lub mobilizacja w momencie zagrożenia.

Czy dlatego nie udaje nam się wykreować liderów, którzy byliby autorytetami wśród Polonii?

Wszyscy, którzy mogliby być liderami, ulatniają się stamtąd. Wyjeżdżają i zatapiają się w Ameryce. Kiedyś przeczytałem w „Chicago Tribune”, że najszybciej rozwijającą się firmą w Illinois jest firma Platinum Technology, którą założył Polak Andrew J. Filiowski. Produkowała specjalistyczne oprogramowanie komputerowe, była rewelacyjnie zorganizowana.

Właściciel miał dużo pieniędzy, więc założył Fundację na Rzecz Ochrony Białego Nosorożca, który był gatunkiem zagrożonym. A to były lata 90., kiedy Polsce potrzebny był każdy dolar. Pytam więc go, czy te białe nosorożce są tak samo ważne jak sprawa polska? A on po namyśle mówi: Nosorożce są tak samo ważne jak sprawa polska. Bo on był wolny od sentymentu.

Polacy w Chicago mówią z dumą: jest wśród nas mnóstwo milionerów. I co z tego? Widać tylko tych z Jackowa.

Bo Jackowo jest naszą wyspą Elis, na której wysiadali ci, którzy przypływali do Ameryki. Polskie Millwaukee w Chicago to jest obóz przejściowy, zasilany bez przerwy nowymi uciekinierami z Polski. Wielu odejdzie stąd, gdy tylko się usamodzielnią. Będą tu wracać w okolicach Bożego Narodzenia, żeby kupić polską kiełbasę i ozdoby choinkowe.

Na Millwaukee zostają ci, którym się nie powiodło i muszą tu zostać.

Zostają też ci, którzy wybrali to miejsce z własnej woli. Chcą mieć wokół siebie polską siatkę bezpieczeństwa w postaci polskiego sklepu, kościoła, banku, restauracji, a nawet polskiej opieki społecznej. To przecież nic złego.

Dlaczego my, Polacy, wciąż odstajemy od amerykańskiej większości?

Mamy problem wizerunkowy. Trzeba się ciągle tłumaczyć z polskiego antysemityzmu, który był manifestowany przez prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej Edwarda Moskala w sposób dość ostentacyjny. Amerykanie przeszli długą drogę politycznej poprawności, choć jeszcze w latach 60. stosowali segregację rasową w autobusach. Teraz na punkcie rasizmu są przeczuleni. Ponadto, spośród białej europejskiej emigracji, jesteśmy tą największą i najmłodszą. Jesteśmy jedynymi Europejczykami, którzy w tej skali zasilają nowymi zastępami Amerykę. Na nowych patrzy się z wielką nieufnością. Świetnie to pamiętam z własnego doświadczenia, gdy przybyłem tu w 1984 r. Byliśmy problemem. Znowu przyjechała nowa grupa, którą Stany, a w praktyce wcześniej osiedleni w USA Polacy – musiały wyciągnąć z biedy, nauczyć angielskiego, załatwić tanie mieszkanie, szkoły. Ci, którzy przyjechali wcześniej, zapomnieli, że mieli takie same problemy. Zresztą nikt dziś nie wie, kto był wcześniej Włochem, a kto Niemcem, bo oni się już dawno zintegrowali.

Ton mogliby nadawać potomkowie tych, którzy przyjeżdżali tu na początku ubiegłego wieku. To oni powinni być elitą Chicago, dlaczego nie są?

A kto przyjeżdżał do Ameryki na początku ubiegłego wieku? Rekrutację prowadził agent, który przyjeżdżał do Polski i zbierał grupę 50–100 osób, które będą wykonywać proste czynności w fabryce. Ci ludzie nic nie musieli umieć i nic wiedzieć. Na ogół byli analfabetami. W Ameryce też niczego się nie uczyli. Trzeciego dnia po przyjeździe stawali przy linii produkcyjnej i tak upływało ich życie. Skoro ojciec i matka wykonywali taką pracę, to dzieci często szły w ich ślady. Wskutek takiego dziedzictwa poziom wykształcenia w polskiej populacji jest relatywnie dość niski.

Dlatego Polacy byli łatwą pożywką dla polish jokes?

Wcześniej były przecież irish jokes. Polish jokes zrodziły się wtedy, gdy staliśmy się jedynymi białymi, których można było rozróżnić w tłumie jako nieprzystosowanych do życia w Ameryce. Polak, często na własne życzenie, postrzegany jest jako ktoś, z kogo można sobie zadrwić. W Chicago sam słyszałem wiele opowieści o naszej nieporadności. Na przykład o człowieku, który nie mógł trafić do własnego zakładu pracy. Zawsze wysiadał na przystanku obok reklamy Coca-Coli. Pewnego dnia zdjęto reklamę, to się pogubił.

Amerykanie śmieją się patrząc na Jackowo, bo ono jest takie przaśne i niepasujące do XXI w. Zatrzymują się przed obwieszonym flagami polskim domem towarowym Syrena, który wygląda jak odpustowy kram. Patrzą na to ze zdziwieniem. To jest nasze okno wystawowe na Amerykę. Ale czy w Polsce jest inaczej? Wystarczy odwiedzić warszawski Dworzec Centralny czy budy pod Pałacem Kultury, by przekonać się, że dom towarowy pana Haruzy to w porównaniu z nimi wysmakowany boutique.

Dlatego w naszej wystawowej witrynie leży wciąż biała kiełbasa, pierogi, Jan Paweł II, Matka Boska i wóz drabiniasty?

Bo nic innego przebić się nie może. My w Stanach robimy wielkie rzeczy, ale indywidualnie. Jerzy Kenar jest wybitnym artystą, przyjaźni się z burmistrzem Chicago, a jego rzeźby stoją na największym salonie wystawowym, czyli lotnisku O’Hare w Chicago. To są polskie rzeźby. Jest Krzysztof Kamyszew, który od 20 lat odnosi sukcesy, organizując w najbardziej prestiżowych chicagowskich kinach festiwal filmów polskich. Zdzisław Derkacz ma Teatr Chopina, który od 25 lat jest ważnym elementem chicagowskiego życia artystycznego.

Jest prof. Tomasz Tabako, który pomysłem i treścią dwujęzycznego magazynu „2B” konkurował z paryską „Kulturą”. I jest Barbara Bilszta i jej Paderewski Symphony Orchestra.

Czy Polonia jakoś ich wspiera?

Polacy w Chicago ciągle opowiadają legendy, jak to świetnie zorganizowani są Żydzi, a nawet Litwini czy Ukraińcy, jakie odnoszą sukcesy i jak sobie nawzajem pomagają. Stąd się bierze podziw i niechęć. Ale jak przyjeżdża z Izraela czy Rosji talent, to mu środowisko pomaga. U nas jest odwrotnie. Kiedy przyjechaliśmy do Ameryki, biskup polski zaproponował mojej żonie pracę przy obieraniu ziemniaków za 1,5 dol. za godzinę.

Dlaczego emigracji solidarnościowej nie udało się narzucić nowego sposobu myślenia? Mieliście szansę na odświeżenie emigracji i nic z tego nie wyszło.

To niemożliwe, bo w polskim myśleniu obowiązuje zasada: starszy ma zawsze rację. A kto ma rację w Ameryce? My – mówi stara emigracja – bo jesteśmy tu dłużej. A „te nowe”? Co „one” wiedzą o Ameryce. Każda fala emigracyjna tworzyła swoje instytucje: pierwsza – kasy zapomogowe i parafie; druga, powojenna – związki kombatanckie; a nasza solidarnościowa – związki solidarnościowe jak Wspólnota Rozproszonych członków Solidarności Pomost oraz organizacje „ziomków” z Warszawy, Wrocławia czy Poznania. Ale między nowymi i starymi brakowało współpracy. Nieufność podnosiła najbardziej aktywna w środowiskach emigracyjnych agentura PRL. To w Chicago w czasach Gierka tworzono całe struktury specjalizujące się w szpiegostwie, jak PolAmCo. O niektórych najbliższych współpracownikach prezesa Moskala wiemy już, że byli czynnymi agentami peerelowskich służb.

Młodym nie udawało się wejść w struktury istniejących organizacji emigracyjnych, dlatego tworzyli nowe. Największą organizacją bratniej pomocy jest Związek Narodowy Polski, który został tak wymyślony, że wejście w jego struktury i próba przejęcia tam władzy jest niemożliwa. Nie jest zasilany nową energią. Liczba członków ZNP w ciągu ostatnich 20 lat zmalała o połowę. Ja pamiętam, kiedy ZNP miał 300 tys. członków, a dziś ma może 150 tys. Ale kiedyś Związek nie miał żadnego banku, a dziś ma trzy. W tym czasie jego zasoby zwiększyły się z 250 mln dol. do pół miliarda. Przywódcy Związku zdają się mówić, że bardziej od ludzi liczą się pieniądze.

Jest jeszcze Kongres Polonii Amerykańskiej, który w latach 80. był liderem walki o sprawy polskie, a jego prezesi byli częstymi gośćmi w Białym Domu.

Kongres to było jednorazowe przedsięwzięcie. Trzeba docenić, że niechętni sobie konkurenci z trzech największych organizacji bratniej pomocy zebrali się w 1944 r., by zaprotestować przeciwko układom jałtańskim. My sobie wyobrażaliśmy Kongres jako urzeczywistnienie naszych marzeń niepodległościowych. To myśmy napisali jego legendę, której potem nie próbowaliśmy nawet weryfikować. Wyobrażaliśmy sobie, że podobnie jak Kongres Stanów Zjednoczonych jest to miejsce ważne, obradujące, z którym Waszyngton musi się liczyć. A Kongres jest organizacją słabą. Jego działalność polega na utrzymywaniu niewielkiego biura; finansuje to Związek Narodowy Polski, którego głównym zadaniem, jak wielokrotnie podkreślał prezes Moskal, jest działalność ubezpieczeniowa. Prezes ZNP jest jednocześnie prezesem Kongresu, więc sprawom Polski może poświęcić tylko czas wolny od działalności ubezpieczeniowej.

Wydaje się, że bycie Polakiem w Chicago to sprawa wstydliwa. Są ludzie, którzy próbują ukryć ten fakt. W Polsce też runął mit „wujków z Ameryki”.

Po 2 latach odwiedzin u dentysty dowiedziałem się, że mój ulubiony dr Golom to Gołębiowski. Kiedy spytałem, dlaczego zmienił nazwisko odpowiedział: – Dla biznesu. Obawiał się, że u polskiego dentysty nikt nie będzie chciał leczyć zębów. Takich Gołębiowskich były tysiące. Wstydzimy się tamtej Ameryki, bo jak patrzymy na Chicago, to mamy wrażenie, że to są inni Polacy niż my, że dziś wyglądamy od nich znacznie lepiej. Jeśli jednak będziemy bardziej dociekliwi i pojedziemy w Polsce do popegeerowskich wiosek, małych miasteczek, to zobaczmy tych samych ludzi co w Chicago. Do Chicago wyjechali głównie ludzie z prowincji. Z całym swoim prowincjonalizmem, który na tle The Magnificent Mile wygląda równie prowincjonalnie, jak na warszawskim Krakowskim Przedmieściu.

Więc i tu, i tam jest – używając określenia Stefana Niesiołowskiego – ta sama małpiarnia?

Jesteśmy tacy sami i tu, i tam. Tylko tam niektóre nasze cechy narodowe rzucają się bardziej w oczy. Są karykaturalnie wyostrzone, bo oglądamy je na tle amerykańskiego społeczeństwa.


That’s all, folks
Przekażmy sobie znak pokoju.
Hasta la vista, Vaya con Dios
Я возвращусь, Ich werde zurück sein, Je reviendrai, Estarei de volta, Θα είμαι πίσω, I červnu se zpět, Leszek vissza, وحقوق عودة

Offline

 

#2 04.01.2009 12:33:40

Zoomboy
Legendarny Mistrz Forum
Od: USA
Zarejestrowany: 07.09.2007
Posty: 13193

Re: PGR Jackowo

Ni małp, ni orłów

W metropolii chicagowskiej mieszka około 820 tys. Polaków. Większość nie mówi po polsku. Część – bo nie umie. Część – bo się wstydzi.
  Cezary Łazarewicz
Czy poczuliśmy się dotknięci słowami Stefana Niesiołowskiego o małpiarni w Chicago?” Redaktor Ewa Uszpolewicz zaprosiła do radia 1030 WNVR kilka bardzo znanych w Chicago osób, by podyskutowały na ten temat. (Poseł Niesiołowski użył określenia małpiarnia, komentując doniesienia o chicagowskich perypetiach finansowych Andrzeja Czumy, obecnego ministra sprawiedliwości).

http://img19.picoodle.com/img/img19/3/4/1/zoomboy/f_jackowom_14a9da7.jpg


Chirurg Marek Rudnicki: – Takie stwierdzenie wpisuje się w stereotyp polonusa, który umacniano w PRL. Polonus to człowiek klęski i pijak z jednym zębem z przodu. Mówienie o kimś małpa jest naganne, niezależnie od tego, jak nisko w Polsce upadli politycy. Dlatego dr Rudnicki zaprotestował i poprosił marszałka Sejmu o interwencję: „Obrażenie mieszkających za granicą setek tysięcy Polaków, dających najgłębsze dowody przywiązania do Ojczyzny, wspierających ją w najbardziej trudnych chwilach absolutnie nie licuje z godnością nie tylko członka Parlamentu, ale jakiegokolwiek rodaka”.

– Po szczegółowej analizie słów doszedłem do wniosku, że nie jestem tą częścią Polonii, o której mówił marszałek – zauważył politolog Mariusz Kot, choć zaraz dodał: – Gdybyśmy byli silni i zjednoczeni, to nikt by o nas tak nie powiedział.

Skąd nasz ród?

Według oficjalnych statystyk, w metropolii chicagowskiej mieszka dziś 820 tys. osób pochodzenia polskiego, z czego nie więcej niż 300 tys. mówi po polsku. Nic to jednak nie znaczy. Przekonał się o tym właściciel polskojęzycznej telewizji Walter Kotaba. Szukając widzów dla swojej kablówki, rozesłał listy do wszystkich, którzy noszą polskie nazwiska. Zaczęli dzwonić oburzeni adresaci, że nie życzą sobie, by ich łączono z Polską.

Krzysztof Wawer, kiedyś menedżer w wielkich amerykańskich koncernach, pamięta, że 34 lata temu, gdy jechał do Chicago, ktoś zapytał go na granicy, dokąd jedzie. – Wstyd mi było, więc powiedziałem, że do Nowego Jorku. Bo Chicago to było miasto polskich robotników. A ja nie chciałem, żeby mnie kojarzono z wycieruchem.

Stereotyp chicagowskiego Polaka jest taki: słabo wykształcony pracownik fizyczny, murarz albo malarz. Jeśli kobieta, to pomoc domowa lub sprzątaczka.

Prawdziwe o tyle, że ten, kto robi jakąś amerykańską karierę, na ogół coraz rzadziej odwołuje się do polskich korzeni.

– Gdy poszedłem do podchorążówki w Kansas, wszyscy się dziwili, że studiowałem wcześniej na uniwersytecie, bo przecież wiadomo, że Polacy pracują tylko w kopalni – opowiada Jan Loryś, dyrektor polskiej biblioteki.

Jeśli chodzi o Polaków, to nie obowiązuje w Chicago żadna poprawność polityczna, bo opinie narzuca street talk, a według tej potocznej opinii jesteśmy tacy jak Polak Kowalski, który występuje w hollywoodzkich produkcjach. Silny, ale głupi.

– Toteż wielu próbuje ukrywać, skąd pochodzi – mówi mecenas Łukasz Chołodecki, który jako kilkuletnie dziecko zamieszkał w amerykańskiej dzielnicy Cicero i dowiedział się, że nosi piętno. – Systematycznie dostawałem w mordę od kolegów za to tylko, że byłem obcy. Nazywano mnie głupim Polakiem. Kiedy więc zmieniłem szkołę, to już wiedziałem, że z kolegami muszę rozmawiać o baseballu, a nie o piłce nożnej, żeby nie wyczuli, że jestem inny.

W sercu kokonu

Wielki dziennik „Chicago Tribune” miesiąc temu poświęcił Polonii duży tekst w wydaniu magazynowym – zauważył, że Polacy od lat żyją tu w kompletnej izolacji. Kiedy idą na zakupy, to do polskiego sklepu, kiedy kupują kwiaty, to w polskiej kwiaciarni, kiedy chleb – to w polskiej piekarni. Mają swoje banki, fryzjerów, gazety, książki i słuchają swojego „ultrakatolickiego Radia Maryja”. Do życia nie jest potrzebna nawet znajomość języka angielskiego. „Jedyna różnica między tam a tu, to kolor waluty, którą się posługują” – konstatuje „Chicago Tribune”.

W tym etnicznym getcie, które gazeta nazywa kokonem, mówi się i myśli wyłącznie po polsku. W kokonie wydawane są dwie gazety codzienne, nadają trzy polskie radia, jedna telewizja, są kina i teatry, 51 parafii i 17 tys. uczniów w polonijnych szkółkach niedzielnych.

Sercem kokonu jest część Milwaukee Avenue, która swą zabudową przypomina trochę podwarszawski Wołomin lub Ząbki. Łatwo rozpoznać to miejsce z okien autobusu po licznych biało-czerwonych orłach, Matkach Boskich i portretach Jana Pawła II w wystawach sklepów. Człowiek czuje się swojsko, bo na delikatesach jest napis „kiełbasa”, na barze „bigos”, a na kiosku „gazety”. Pije się piwo Żywiec lub Warka, mówi znajomym „dzień dobry” lub „do widzenia”.

W niedzielę wszyscy spotykają się w jednym z kilkudziesięciu polskich kościołów, może być św. Trójcy, św. Jacka, św. Kazimierza lub św. Stanisława. I jest zupełnie jak w Nowym Targu czy Białymstoku – starsze panie chodzą w chustkach na głowie, panowie w żółwikach. Ta Polska, w której dostrzegają zmiany, nie za bardzo im się podoba. Rząd jest niekompetentny, panuje drożyzna i coraz trudniej wrócić do kraju.

Polska kończy się na Milwaukee, gdy zaczynają się angielskojęzyczne szyldy. W przewodnikach zachęcają turystów, by odwiedzić tę starą etniczną enklawę i spróbować pierogów, tak jak zachęca się turystów do odwiedzin China Town, dzielnicy koreańskiej czy hinduskiej.

To nie Ameryka, ale Milwaukee – podkreślają miejscowi. Punktem orientacyjnym jest restauracja Staropolska, gdzie udało się zachować nie tylko polskie menu, z najlepszym – podobno – barszczem w całej Ameryce, ale i polską atmosferę. Jedyne miejsce, gdzie jednocześnie można spotkać facetów w roboczych drelichach i milionerów. Takich jak Piotr Matuszewski, właściciel firmy handlującej polskim jedzeniem.

– Jestem ewidentnym zaprzeczeniem teorii, że w Ameryce może się komuś coś nie udać – mówi. – Gdy komuś się tu nie udało i wyjeżdża z długami, to jest nieudacznikiem.

Jeśli chce się usłyszeć, co naprawdę myśli Polonia, należy wysłuchać talk-show „Otwarty mikrofon” Łucji Śliwy. To najpopularniejszy polski program radiowy w USA i najbardziej patriotyczny głos Polonii.

Patriotyczna Polonia w poniedziałek 23 lutego 2009 r. mówiła do „Otwartego mikrofonu”: że minister Radek Sikorski wysługiwał się potentatowi prasowemu Murdochowi • że ojciec Rahma Emanuela (obecnie szefa administracji w gabinecie prezydenta Baracka Obamy) był skrajnym syjonistą • że Polonia została zatruta przez laicką falę solidarnościowej emigracji • że pomnik Kazimierza Pułaskiego źle stoi • że Niemcy stają się coraz groźniejsi (trudno było zrozumieć rozmówcę, bo mówił niewyraźnie) • że warto zaprosić Stefana Niesiołowskiego, DonaldaTuska i Janusza Palikota, by zobaczyli, że żadnej małpiarni tu nie ma.

„To niemądry pomysł – ucięła redaktor Śliwa. – Mamy zbyt wysoki poziom zanieczyszczenia. Takich jak oni trzeba omijać z daleka, jak coś, co za sobą na chodniku zostawia piesek”.

Stolik na trzech nogach

Pierwsza większa fala migracyjna dotarła do Chicago po klęsce powstania listopadowego 1830 r. To była elita: szlachta, pisarze, oficerowie i politycy.

Prezydent Andrew Jackson przeznaczył dla nich nawet 22 tys. akrów ziemi. Większość osiadła blisko Chicago w Rockford, które nazywane było małą Polską.

Aż 80 proc. wszystkich polskich imigrantów przyjechało do Chicago między 1854 a 1890 r. Ta fala to w znacznej większości byli biedni chłopi bez wykształcenia. Ściągani przez niemieckich fabrykantów, by wykonywać proste zawody: rzeźnika, górnika, hutnika. Kopali rowy lub układali tory. Trafiali do Chicago, bo to miasto najszybciej się rozwijało i panował ciągły głód rąk do pracy. Amerykanie szacują, że do lat 20. ubiegłego wieku do Chicago przyjechało pół miliona Polaków.

Ostatnie dwie, znacznie już mniejsze, fale migracyjne przybiły w 1945 r. – przyjechali wtedy żołnierze Wojska Polskiego, i po 1981 r., gdy do Stanów ściągała emigracja solidarnościowa. Ostatnia grupa napływowa, z końca lat 80. i 90., jest najmniej zauważalna. To najczęściej dobrze wykształceni, pewni siebie, nastawieni na karierę młodzi ludzie, którzy szybko uciekają z getta.

Małgorzata Kot, kierowniczka Biblioteki Muzeum Polskiego w Ameryce, mówi, że polonijny stolik od dziesiątków lat oparty jest na trzech nogach – organizacjach bratniej pomocy, które pełnią rolę spółek ubezpieczeniowych non profit.

Najstarsze z trójki Zjednoczenie Polskie Rzymsko-Katolickie powstało już w 1873 r., by nieść pomoc polskim emigrantom. Z ZPRK wyszły potem Związek Polek w Ameryce i Związek Narodowy Polski – największa dziś etniczna organizacja ubezpieczeniowa w Chicago. Każdy z polskich ubezpieczycieli ma obecnie swój organ prasowy, biurowiec i armię urzędników.

W Polsce często się wydaje, że najważniejszą organizacją polonijną jest Kongres Polonii Amerykańskiej. Od razu wiadomo, że tak nie jest, gdy pójdzie się do najważniejszego amerykańskiego biura KPA, które mieści się nad redakcją chicagowskiego „Dziennika Związkowego”. Na drzwiach zobaczymy naklejoną kartkę z informacją, że amerykańskie biuro Kongresu jest czynne tylko trzy razy w tygodniu (w środy od 8 do 12), a po więcej informacji możemy zadzwonić pod wskazany numer telefonu. Kongres, który został powołany w 1944 r. po masowych protestach Polonii wobec radzieckiego zagrożenia dla Polski, to dziś trzy pokoiki i jeden etat sekretarki. Podporządkowany jest największej i najbogatszej organizacji ubezpieczeniowej – Związkowi Narodowemu Polskiemu. ZNP ma pół miliarda dolarów w gotówce, wielki biurowiec przy ulicy Cicero i 60 pracowników w samym Chicago. Prezes ZNP i KPA Frank Spula powiedział, że nie ma czasu spotykać się z dziennikarzem z Polski, ale poprosił swojego sekretarza, by pokazał mu gabinet wykładany mahoniem.

W dwóch światach

Lekarz Victor Forys, ubiegający się właśnie o stanowisko kongresmana po Rahmie Emanuelu, którego prezydent Barack Obama ściągnął do Białego Domu, jest polonijnym kandydatem do Kongresu. Rodaków posadził przy okrągłych stołach w hali White Eagle z kryształowymi żyrandolami. Obowiązkowym elementem takich spotkań są tańczący krakowiacy w pasiastych portkach oraz krakowianki w cekinach i z czerwonymi koralami na szyi.

Doktor Forys przyjechał do Ameryki w 1958 r. jako dziecko. Wrócił po 20 latach i studiował na przełomie lat 70. i 80. medycynę w Gdańsku. – Kochałem Polskę – tak doktor Forys tłumaczy, dlaczego wybrał akurat kraj przodków. (Jego znajomi mówią, że oprócz miłości ważne też były finanse, bo studia w Polsce były znacznie tańsze niż w USA).

Doktor Forys zajął się polityką, bo dostrzegł lukę, którą próbuje dziś wypełnić swoją osobą. Pokoleniowa dziura jest między dwoma światami: emigracji powojennej, która jest dziś sędziwa, i solidarnościowej, która w ogóle amerykańską polityką się nie interesuje.

– Ja mam nogi w obydwu światach – przedstawia swoje atuty kandydat, który na etnicznych spotkaniach mówi o sobie „polski Obama”. Zgodnie z podręcznikami prowadzenia nowoczesnej kampanii zawsze jest uśmiechnięty, tryska humorem i jest pewny siebie, choć ma w piątym dystrykcie Chicago aż 11 konkurentów w prawyborach demokratycznych.

Swoje szanse dr Forys ocenia dość wysoko: – Jestem bezkonkurencyjny. I dodaje: – To zrozumiałe, że Polonia powinna głosować na swojego kandydata, jeśli chce usłyszeć polski głos w Kongresie.

Ponadto Victor Forys mógłby być drugim kongresmanem USA, który urodził się w Polsce. Pierwszym był Marion Zioncheck z Waszyngtonu, który niestety źle skończył. Skoczył na głowę z piątego piętra Artic Building w Seattle.

– Każdy Polak powinien dobrze zrozumieć, co mam do powiedzenia – mówi do Polonii dr Forys. – Więc dalej będę mówił po angielsku.

Dystrykt piąty, z którego startuje Forys, zamieszkuje 110 tys. Polaków. Właśnie stąd startował przed laty ostatni polski kongresman z Chicago Dan Rostenkowski, który zasiadał w Izbie Reprezentantów nieprzerwanie przez 36 lat. Jednak nieszczęśliwy zbieg okoliczności, związany z aferą korupcyjną, sprawił, że wylądował on w więzieniu i został w 1995 r. zmuszony do zrzeczenia się wszystkich stanowisk. Był to ostatni chicagowski przedstawiciel Polonii we władzach USA.

W 2002 r. o mandat kongresmana z poparcia Polonii ubiegała się niemówiąca po polsku Nancy Kaszak, której przodkowie pochodzą z Poznania. Przekonała się, że Polonia straciła siłę politycznego głosu, jaką dysponowała przed laty. – Polska wspólnota przeniosła się z aglomeracji na przedmieścia i się rozproszyła – mówi Nancy Kaszak.

Odsunięci

Chicagowski prawnik Łukasz Chołodecki uważa, że podczas wyborów 2002 r. stała się rzecz ważniejsza: Polonia przestała się liczyć jako siła polityczna. – Zmarginalizowanie zawdzięczamy Edwardowi Moskalowi (zmarł w 2005 r.) z Kongresu Polonii Amerykańskiej, który udzielając poparcia Nancy Kaszak o Rahmie Emanuelu, jej przeciwniku, a bliskim współpracowniku prezydenta Clintona, powiedział, że jest żołnierzem armii izraelskiej i realizuje jej cele w USA.

O prezesie niewielkiego etnicznego związku rozpisywały się potem przez kolejne dni najważniejsze gazety w USA, był bohaterem serwisów informacyjnych i radiowych. – Takich rasistowskich argumentów w Ameryce nie można używać – tłumaczy mecenas Chołodecki. – Gdyby ktoś ze sztabu Emanuela o Kaszak powiedział „głupia jak Polak”, to ona miałaby zwycięstwo w kieszeni.

Cztery lata temu podczas wyborów nowego prezydenta Kongresu Polonii Amerykańskiej jeden z ważniejszych przywódców Polaków prawnik Les Kuczyński skarżył się, że środowisko zostało całkowicie zmarginalizowane.

Kuczyński opowiadał o swojej wizycie w Białym Domu: „Clinton powiedział: ty, Les, przychodź, kiedy chcesz, ale wasz przywódca Moskal nie ma wstępu do Białego Domu. I tak zostaliśmy odcięci od wszelkich wpływów”.

Początków marginalizacji Polonii w Chicago Krzysztof Wawer, menedżer, upatruje jeszcze w latach 80., gdy podczas starcia demokratów z republikanami o fotel burmistrza Polacy niespodziewanie poparli kandydata republikanów, który zwykle był w Chicago bez szans.

– Ale gdy okazało się, że demokraci, na których zawsze Polacy głosowali, dokonali „zdrady rasowej” i wystawili Murzyna, w środowisku polonijnym wybuchła panika – opowiada Wawer i dodaje, że wówczas gazety i organizacje polonijne stanęły murem za republikaninem Bernardem Eptonem, który umiejętnie wykorzystywał rasistowskie hasła. Niestety, wybory w 1983 r. wygrał Harold Washington. Został pierwszym ciemnoskórym burmistrzem Chicago.

– Polacy po wyborach utracili większość stanowisk w ratuszu, a Związek Narodowy Polski stracił kontakt z biurem nowego burmistrza – opowiada Wawer. Ta klęska nie rzuciła się od razu w oczy, bo gdy prezydentem został Ronald Reagan, nastąpiło ożywienie polonijnych stosunków z Białym Domem. Gazety pisały o wielkim Polaku Janie Pawle II, polskiej rewolucji i Lechu Wałęsie. – Do Chicago Reagan przylatywał swoim helikopterem na spotkanie z przywódcami Kongresu Polonii Amerykańskiej, więc wydawało nam się, że się liczymy – mówi Chołodecki.

Gdy po zmarłym Alojzym Mazowskim przywództwo KPA objął Edward Moskal, było już coraz gorzej. Polonijny dziennikarz Andrzej Jarmakowski mówi, że po antysemickich wyskokach prezesa Moskala Polonia nie tylko straciła kontakt z Białym Domem, ale nawet burmistrz Chicago Richard Daley przestał przychodzić na 3-majową paradę.

Gdy w 2002 r. „Dziennik Chicagowski” opublikował wywiad z Rahmem Emanaulem, w którym zapewnił on, że będzie dobrym reprezentantem Polonii, rozpętała się burza.

– Oskarżono nas, że popieramy Żyda i rozbijamy Polonię. Wiele polskich firm wycofało u nas ogłoszenia, ale właściciel Michał Kuchejda się nie ugiął – wspomina Jarmakowski. Jego zdaniem osobliwy fenomen Polonii polega też na tym, że przez lata nie udało się jej stworzyć żadnej silnej organizacji lobbystycznej, a cała energia ogniskowała się na walkach wewnętrznych.

Pomost donikąd

Jedną z nielicznych prób wyjścia z etnicznego getta było powołanie pod koniec lat 70. organizacji Pomost, która miała promować Polskę wśród amerykańskiego establishmentu. Założycielowi Krzysztofowi Racowi udało się przyciągnąć intelektualistów znanych również w Ameryce, m.in. Leopolda Tyrmanda i prof. Jana Kryńskiego, slawistę z Durham University, i stworzyć biura w kilku miastach USA. Rac zabiegał w Białym Domu o poparcie spraw polskich i wydawał angielskojęzyczny periodyk „The Bridge”. Organizacja rozpadła się pod koniec lat 80., gdy Andrzej Czuma, obecny minister sprawiedliwości w Polsce, oskarżył Raca o malwersacje finansowe. Choć po dwuletnim procesie sądowym udało się wykluczyć Czumę z Pomostu, a Rac oczyścił się z zarzutów, to organizacji odtworzyć się już nie dało.

„Chicago Tribune” szukała odpowiedzi, dlaczego tak liczna grupa etniczna nie ma swoich przedstawicieli nawet w chicagowskim ratuszu. Zdaniem gazety, Polonia nie interesuje się ani polityką amerykańską, ani lokalną, ani też polską. W ostatnich polskich wyborach w 2007 r. w Chicago głosowało tylko 14,5 tys. osób, z czego na PiS 80 proc.

Anna Klocek, która bezskutecznie ubiegała się o mandat radnej w 45 okręgu Chicago, mówi, że nie dostała żadnego wsparcia polskiej wspólnoty.

– Nie mamy liderów wśród Polonii – mówi Klocek. – Tam są tylko starsi panowie, którzy lubią bankiety. Ale nie mogą być kandydatami do żadnej władzy.

– Jeszcze kilka lat temu wielu amerykańskich i polskich polityków wierzyło w mityczną osiemsettysięczną mniejszość polską, ale przestali, gdy okazało się, że liczba ta jest grubo przeszacowana i nie kryje się za nią żadna moc polityczna – mówi Chołodecki.


That’s all, folks
Przekażmy sobie znak pokoju.
Hasta la vista, Vaya con Dios
Я возвращусь, Ich werde zurück sein, Je reviendrai, Estarei de volta, Θα είμαι πίσω, I červnu se zpět, Leszek vissza, وحقوق عودة

Offline

 

#3 04.01.2009 12:42:01

Zoomboy
Legendarny Mistrz Forum
Od: USA
Zarejestrowany: 07.09.2007
Posty: 13193

Re: PGR Jackowo

Minister na debecie

Gdy w Warszawie pod koniec stycznia ogłaszano nominację Andrzeja Czumy na ministra sprawiedliwości, do programów radiowych w Chicago zaczęli dzwonić ludzie, którzy twierdzili, że zostali w przeszłości przez niego oszukani. – W związku z tym, że dokumenty sądowe są powszechnie dostępne, wiemy, że w sądzie Cook County w Illinois zapadło kilkanaście wyroków przeciwko ministrowi – mówi dziennikarz polonijny Andrzej Jarmakowski. – Najwięcej spraw wytoczyły banki, którym minister nie spłacał zadłużenia z kart kredytowych.

Gdy 10 lat temu pojawiły się pierwsze pogłoski, że Andrzej Czuma mógłby zostać konsulem generalnym RP w Chicago, Mieczysław Klasa napisał list do redakcji „Dziennika Związkowego”: „Bardzo bym nie chciał, byśmy mieli takiego konsula. Z Czumą mam bardzo złe doświadczenia osobiste” – pisał 68-letni dziś Mieczysław Klasa, który ministra znał jeszcze z Polski jako niezłomnego opozycjonistę. W 1991 r. pożyczył mu na dwa dni 8 tys. dol., których Czuma, jak mówił, bardzo pilnie potrzebuje. – Pożyczyłem mu wtedy wszystko, co miałem – mówi Klasa, ale nie doczekał się zwrotu pieniędzy w terminie. Pisał w liście: „Po kilku tygodniach powiedział, że oddanie trochę się przeciągnie, a panienka, z którą mieszkał, wyprowadziła się od niego razem z moimi pieniędzmi. Dług zaczął oddawać w nieregularnych ratach, ale po paru miesiącach raty się skończyły. Moje ponaglenia spotkały się z próbami szantażu, groźbami pobicia przez nieznanych sprawców, dewastacji samochodu i troską o rzekomo nielegalny pobyt mojej żony w Stanach. Próby ugodowego załatwienia sprawy nie powiodły się, zawiadomiłem policję o pogróżkach i wystąpiłem na drogę sądową o zwrot pieniędzy”. – To szeryf, któremu powiedziałem o pogróżkach, poradził mi, że tylko przez sąd mogę odzyskać moje pieniądze – wspomina Klasa, któremu sąd w Illinois przyznał w 1993 r. zwrot brakujących 3,5 tys. dol. wraz z odsetkami. Klasa dodaje, że mimo prawomocnego wyroku Andrzej Czuma nadal uchylał się od spłacania pieniędzy, dlatego ich odzyskiwanie trwało jeszcze cztery lata. W ratach po 150 dol., które ściągane były za pośrednictwem adwokata.

Ale to nie jedyna sprawa, którą w sądzie Cook County stanu Illinois przegrał obecny minister sprawiedliwości. Dwa lata po wyroku w sprawie Klasy szpital Our Lady of the Resurrection Medical Center oskarżył Andrzeja Czumę i jego żonę Joannę, że uchylają się od spłacenia 3 tys. dol. za wykonane usługi medyczne. Mimo wezwań i ponagleń oskarżeni unikali płatności. W 2002 r. do sądu zaczęły zgłaszać się instytucje finansowe. Chodziło o niespłacane debety na koncie. Pierwszy oskarżenie przeciwko wydawcy złożył Capital One Bank, któremu Andrzej Czuma był winny 1383 dol. i przestał spłacać zadłużenie. W następnym roku podobny problem miał Chase Manhattan Bank. Oskarżył on Andrzeja Czumę, że zaciągając pożyczkę w wysokości 6292 dol. permanentnie uchylał się od jej spłaty, nie odpowiadał na monity sądowe, więc ostatnią możliwość odzyskania pieniędzy Bank widzi w wyroku sądowym.

Dwa ostatnie oskarżenia dotyczą 2005 r., gdy Andrzej Czuma ubiegał się o mandat posła z list PO. W maju 2005 r. oskarżenie przeciwko Czumie złożyła Colonial Credit Corporation. Korporacja oskarżyła Czumę, że naraził ją na straty w wysokości 7107 dol. Oskarżony robił zakupy, korzystając z karty kredytowej, ale jednocześnie zawiesił spłatę należności, a wezwania do zapłaty pozostały bez odpowiedzi. Poszkodowani informują również sąd, że są trudności z wręczeniem pozwu, gdyż oskarżony nie przebywa już pod wskazanym adresem.

Ostatnia sprawa dotyczy Alicji Jonik, właścicielki zakładu dentystycznego DentPol w Chicago, która oskarżyła obecnego ministra, że nie oddał jej prywatnej pożyczki w wysokości 2300 dol., zaciągniętej w kwietniu 2002 r.

Alicja Jonik pamięta, że Czuma zjawił się z bukietem kwiatów, prosząc o pieniądze. Powiedział, że jeśli nie zapłaci za wynajem czasu antenowego, jego audycja zniknie z eteru. Powiedział, że pieniądze zwróci za 2–3 dni.

– Ale potem chciał się wyłgać i gdy dowiedziałam się, że on notorycznie wykorzystuje takie sytuacje, po latach skierowałam sprawę do sądu – mówi Jonik. – Czułam się upokorzona, wykorzystana i oszukana.

Jej zdaniem szczególnie przykre było to, że Czuma próbował przekonać sąd, iż w ramach zwrotu pożyczki emitował spoty reklamowe gabinetu Jonik, co było nieprawdą. Utrzymywał, że jest bez środków do życia i może spłacać pożyczkę co najwyżej po 50 dol. miesięcznie.

Zasądzony dług, w wysokości 3305 dol., został wpisany na hipotekę domu Czumy i został spłacony w momencie sprzedaży.

Andrzej Jarmakowski mówi, że informacje o ministerialnej nominacji Andrzeja Czumy dotarły już do firm windykacyjnych. Jego zdaniem, jedna z amerykańskich firm zamierza prowadzić windykację ministra w Polsce.

Według Jarmakowskiego chodzi o 7 tys. dol., które chce od ministra odzyskać Chase Bank.


That’s all, folks
Przekażmy sobie znak pokoju.
Hasta la vista, Vaya con Dios
Я возвращусь, Ich werde zurück sein, Je reviendrai, Estarei de volta, Θα είμαι πίσω, I červnu se zpět, Leszek vissza, وحقوق عودة

Offline

 

#4 04.01.2009 12:45:42

Zoomboy
Legendarny Mistrz Forum
Od: USA
Zarejestrowany: 07.09.2007
Posty: 13193

Re: PGR Jackowo

Czuma porażką Platformy

Andrzej Czuma miał być twardym szeryfem i obrońcą prostego człowieka. Z tego planu została kupa zgliszczy

Andrzej Czuma został ministrem w trybie awaryjnym. Kandydatów nie było zbyt wielu; ktoś - dziś jakoś nikt w Platformie nie chce się do tego pomysłu przyznać - podsunął nazwisko Czumy.

Nikt w PO nie miał złudzeń, że będzie sprawnym zarządcą resortu. Od tego mieli być jego zastępcy. Czuma natomiast, człowiek, którego odwagi i prawości dowiedzionych w PRL-owskim więzieniu nikt nie śmiał kwestionować, miał inne zadania.

Po pierwsze: być szeryfem, twarzą walki z przestępczością. Po drugie: być obrońcą prostego człowieka.

Plan zakładał - wynika z naszych rozmów w resorcie - że to się dobrze sprzedaje w tabloidach, a to one dziś decydują o wizerunku polityków, a w konsekwencji - o głosach wyborców.

Dziś z tego planu została kupa zgliszczy. Władze PO zakazały ministrowi publicznych wypowiedzi na tematy inne, niż jego sprawy sądowe w USA.

Czuma podpadł już parę razy: •  gdy prokuratura postawiła zarzuty prezydentowi Sopotu, byłemu politykowi PO, minister beztrosko rzucił, że zarzuty trafiają w próżnię; •  po śmierci Polaka w Pakistanie stwierdził, że we władzach pakistańskich zasiadają ludzie, którzy wspierają bandytów; •  nieudolnym tłumaczeniem się z zarzutów w sprawie amerykańskich długów.

Minister zdążył zrazić większość mediów, atakują go tabloidy, szczególnie zaciekle "Super Express". Według sondażu GfK Polonia dla "Rzeczpospolitej" 71 proc. Polaków domaga się jego dymisji. A od nominacji nie minął jeszcze miesiąc. - Czasem coś się źle zaczyna, a dobrze kończy - pocieszał się wczoraj wicepremier Grzegorz Schetyna.

Donald Tusk - który w środę odbył z Czumą długą rozmowę wychowawczą - miał też ponoć pretensje o wpływy w resorcie syna ministra, Krzysztofa.

Krzysztof Czuma, czyli kto

Krzysztof Czuma przyszedł do ministerstwa sprawiedliwości w pierwszym dniu urzędowania ojca. Kim jest i jaką odgrywał rolę u boku ministra i czy tak diaboliczną, jak sformułował to czwartkowy "Super Express", gdzie czytamy: "synalek Czumy trzęsie ministerstwem"?

Trudno jest rzetelnie odpowiedzieć. Zestawmy najbardziej prawdopodobne plotki i fakty. I skonfrontujmy je z zainteresowanymi. Ojciec - minister Andrzej Czuma - konsekwentnie przedstawia syna, jako "społecznego asystenta". Krzysztof Czuma na pytanie "kim pan jest?" odpowiada, że nie odpowie, po czym dodaje "osobą prywatną", a w drugim zdaniu "asystentem społecznym ojca".

Problem w tym, że tacy asystenci powinni znaleźć się na liście asystentów posła na stronach sejmowych. Potwierdza to "Gazecie" Krzysztof Luft - dyrektor sejmowego biura informacji.

Czuma junior mówi "Gazecie", że "asystentem został, gdy ojciec został posłem", daty sobie nie przypomina.

Krzysztof Czuma dopiero wczoraj po południu został dopisany do listy społecznych asystentów. Poseł Andrzej Czuma wystąpił o to także wczoraj - wynika z pieczątki marszałka Sejmu na wniosku. Od strony formalnej asystowanie Krzysztofa Czumy w ostatnich trzech tygodniach pozostaje więc pod znakiem zapytania. Szkoda, bo ma to znaczenie w kontekście jego wizyt w ministerstwie.

Pierwsza związana była z PR-owym zagraniem ojca (a może odruchem serca) - przyjęciem w pierwszym dniu urzędowania państwa Olewników i braci Drzewińskich - rodzin ofiar głośnych porwań. W spotkaniu ministra z Drzewińskimi i podległymi prokuratorami brał udział Krzysztof Czuma. - Przyprowadził ich i odprowadził - wyjaśnia były rzecznik ministra Grzegorz Żurawski (zrezygnował z ostatnim dniem stycznia).

Nie minął dzień, gdy do "Gazety" dotarły informacje z prokuratorskich źródeł, że Krzysztof Czuma spotyka się z prokuratorami także w innych okolicznościach. Po kilku dniach wydział informacji ministerstwa w odpowiedzi na nasze pytania przysłał zaprzeczenie: "nie odbyło się żadne spotkanie prokuratorów prokuratury krajowej z udziałem Krzysztofa Czumy".

Odpowiedź wydział konsultował z ministrem. Czy także z jego synem? Nie wiemy. Charakterystyczne jest jednak to, że na pytanie "w jakiej roli syn ministra pojawia się w gmachu ministerstwa" - w ogóle nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Krzysztof Czuma: - Nie kontaktowałem się z żadnymi prokuratorami.

"Gazeta": - Widywany jest pan w ministerstwie.

Czuma junior: - Bywam u ojca raz na kilka dni, rejestrowałem się w biurze przepustek.


Chcieliśmy sprawdzić tę informację. Wczoraj się nie udało. Czekamy.

Tymczasem z ust do ust pracownicy resortu przekazują, że Krzysztof Czuma wziął na siebie przede wszystkim obowiązek kreowania medialnego wizerunku ojca. - Nieprawda - zaprzecza zainteresowany. Dlaczego więc odpowiada na maile (cytuje je np. "Rzeczpospolita"), przyjmuje dziennikarzy (np. "Gazety"), pełno go w elektronicznych mediach?

- Padały pytania na które prok. Katarzyna Szeska, rzecznik prokuratury i wydział informacji nie znały odpowiedzi, więc odsyłały dziennikarzy do mnie - tłumaczy syn ministra.

Nepotyzm? - Gdybym został zatrudniony, nie obyłoby się bez potężnego skandalu - mówi Krzysztof Czuma.

Rzecznik z "Wróżki"

Pracę w ministerstwie miał dostać Bogusław Mazur, były dziennikarz m.in. "Wprost" i sekretarz redakcji "Wróżki". Prywatnie znajomy młodszej siostry Krzysztofa, córki ministra Czumy, Beaty. W środę jako kandydat na rzecznika ministra stanął u jego boku na konferencji prasowej.

Wczoraj po południu mówił "Gazecie": - Zgłosiłem rezygnację, bo dziś ukazały się paszkwile sugerujące, że stanowisko zawdzięczam związkom z córką ministra - oświadcza.

- Atmosfera zrobiła się absurdalna. Pytano mnie czy mam romans, czy razem mieszkamy. Beatę znam z dziennika "Polska". Przez nią poznałem Andrzeja Czumę, który jest dla mnie postacią kultową. Uznał, że mam kwalifikacje. Ale uważam, że rolą rzecznika, nie jest przysparzanie, tylko odejmowanie problemów ministrowi, stąd rezygnacja - tłumaczy.

Czekamy na następne PR-owe posunięcie.


That’s all, folks
Przekażmy sobie znak pokoju.
Hasta la vista, Vaya con Dios
Я возвращусь, Ich werde zurück sein, Je reviendrai, Estarei de volta, Θα είμαι πίσω, I červnu se zpět, Leszek vissza, وحقوق عودة

Offline

 

#5 05.15.2009 09:22:31

DecuStecu
Niemowa
Zarejestrowany: 05.15.2009
Posty: 1

Re: PGR Jackowo

Moja polemika z powyższymi artykułami - http://www.polityka.pl/glos-polonii/Lea … 290631,18/

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson
wygląd forum i administracja techniczna Bartłomiej Kozielski
kontakt z właścicielem i administratorem strony forumdetroit@gmail.com