Ogłoszenie

Dear Friends,

It is with a heavy heart that we have decided to retire our beloved Forum Detroit. It has served the Polonia Detroit for over 10 years, and was a source of joy for many. However, after many months of inactivity, the time has come to bid it farewell.

Deepest and warmest thanks to all those who contributed to Forum discussions over the years, either by sharing their thoughts or reading those of others. Your presence and participation served as a building block of this online polish community.

Forum Detroit

#101 03.13.2014 19:59:16

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

ŻYCIE ZA ŻYCIE
Dziecko spało cicho przytulone do swej dużej szmacianej  lalki z brązowymi oczami.
Jakub spoglądał  raz po raz na dziewczynkę w czasie ich rozmowy. Eva widziała jego zaniepokojenie ale tę ostateczną decyzję odkładała na sam koniec. Trudno było powiedzieć te słowa. Serce matki nie pozwalało, krzyczało i buntowało się a rozsądek walczył z tymi emocjami i podpowiadał coś wręcz przeciwnego. Eva wiedziała, że nadszedł ten odpowiedni moment gdy Józia zapytała cicho.
- Dokąd teraz idziesz Eva?  Noc i wiesz, ten zakaz wychodzenia poza zamknięty teren?
- Uciekam stąd.
Odpowiedziała bez zawahania i spojrzała na zdziwienie jakie malowało się na twarzach Jakuba i Józi. Na krótko zapanowała cisza. Jakub chrząknął spojrzał na żonę i zapytał cicho.
- Dokąd?
- Byle przed siebie, byle dalej stąd. Od Żydów i od tej przeklętej wojny!
- Uspokój się nerwami i emocjami nic nie osiągniesz. Zastanów się co będzie jak cię złapią.
Powiedziała Józia a Jakub wtrącił.
- Wiesz co zrobili z Wassermanem jego żoną i córką. Nic ich nie zatrzyma przed przestrzeganiem tego ich porządku. Tu nie ma próśb czy negocjacji, tu od razu, no wiesz... .
Urwał Jakub nie kończąc.
- Dlatego właśnie muszę uciec by przeżyć! A gdy wrócę, gdy to wszystko się skończy, zabiorę małą i otworze na nowo sklep. Cały towar ukryłam i zabezpieczyłam pod podwójną podłogą.
Powiedziała z wielkim naciskiem Eva i sięgnęła po zawiniątko, które trzymała między piersiami i położyła ciężko na stole. Wszyscy spojrzeli przez chwilę pytająco na siebie. Tymczasem Eva rozwijała zawartość. To co za chwilę ujrzeli wywarło na nich tak niesamowite zdziwienie, że ani Jakub ani Józia nie mogli wydobyć z siebie słowa.
Na stole błyszczała ogromna kupa  wielkich i świecących złotych krążków. Były to złote monety, przeważnie dwudziestu dolarowe oraz pokaźny plik banknotów dolarowych.
- To dla was.
Powiedziała cicho i przesunęła ten skarb w kierunku Jakuba. Wielkie i gorące łzy spływały jej po policzkach i kapały głośno tworząc wielkie ciemne plamy na nowiutkiej wyczyszczonej do granic możliwości kuchennej podłodze.W tym momencie Eva położyła swoją rękę na najcenniejszym zawiniątku jakie miała.Wiedziała że to ten moment ta chwila na dokończenie jej życiowej misji.
-Proszę was tylko o jedno zaopiekujcie się moim dzieckiem. Weźcie ją, uratujcie jej życie. To też twoja krew Jakubie, to krew twego brata!
Wyrzuciła z siebie Eva i zaniosła się głośnym płaczem po którym zapanował cisza.
Pierwszy ocknął się i przerwał przerażającą ciszę Jakub.
- Zrozum Eva nie możemy. Nie możemy narażać siebie i naszej rodziny. Wszyscy wiedzą, że mamy tylko jedno dziecko.
- Proszę was. Jest wojna, kto pamięta ile macie dzieci?  Złoto i pieniądze pozwoli wam i dzieciom przeżyć najgorsze czasy.  Już teraz getto obraca tylko takim środkami. Inne pieniądze nie mają żadnej wartości. Za złoto i dolary kupuje się i sprzedaje jedzenie, leki i dokumenty. Ja wrócę jak skończy się ten koszmar i zabiorę małą. Teraz z dzieckiem nie mam szans na przeżycie. Tylko w taki sposób możemy to przetrwać. On na pewno by sobie tego życzył. Tak nas kochał a to co zrobił, zrobił dla mnie i przede wszystkim dla małej. Zrobił to dla swojej córki aby mogła żyć. Proszę was.
Błagalnie zakończyła te bolesne dla niej słowa. Słowa o swym ukochanym, który chciał zmienić świat.
- Ludzie pamiętają, nie możemy tego zrobić.
Wtrąciła Józia.
- Proszę was, wiem że możecie i wiem że to będzie przykre co wam powiem.
Uchwyciła się teraz Eva ostatniej deski ratunku jaka jej pozostała. Starannie wszystko przemyślała i postanowiła sobie, że tego argumentu użyje w ostateczności.
- Niech Sara będzie w miejsce Jasia.
Wyrzuciła z siebie z drżeniem w głosie, wiedząc, że teraz naruszyła najczulsze miejsce tej matki. Matki, która straciła swoje dziecko. Czy było to jedyne wyjście aby w tym trudnym dla niej momencie powrócić do tej tragedii. Właśnie teraz w chwili gdy przekazuje im swój najcenniejszy dar i prosi o uratowanie życia swojego dziecka.
Eva wiedziała że tylko tak może poruszyć jej serce, choć było to bardzo trudne i ryzykowne posunięcie z jej strony.
- Apeluje do ciebie Józiu. Jak matka do matki, proszę.
Tym razem to z oczu Józi zaczęły spływać łzy na wspomnienie ich Jasia.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#102 03.19.2014 12:13:12

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

„JĘDREK”
Spotkali się wieczorem u Franka. Na stół trafiła butelka kieliszki i jakaś zakąska. Pełne kieliszki stały nietknięte. Atmosfera była napięta, wiedzieli już, że nie mogą się poddać, muszą stawić opór nie wiedzieli tylko jak.
Na spotkanie przyszedł też kolega Franka, z którym szczególnie Janek wiązał nadzieję na przyszłość. To on miał im przedstawić jakiś plan, dać nadzieję, zorganizować do przemyślanego działania. Zgodnie z umową zapukał trzy razy, po których nastąpiła przerwa i nastąpiły kolejne trzy stuknięcia. Zamarli w oczekiwaniu. Drzwi otworzył Franek.
Do pokoju wszedł niewysoki chłopak o dziewczęcej buzi, jasnych włosach i niebieskich oczach. Ot taki jakich nie brakowało na tym terenie. Jednak było w nim coś niezwykłego, jednak na tę chwilę nie wiedzieli co to może być. Nikt nawet nie przypuszczał, że ten niepozorny chłopak zorganizował na tym terenie grupę konspiracyjną, która miała struktury wojskowe a jej głównym celem były działania mające na celu przeciwdziałanie okupacyjnym władzom, które już pokazywały swoją bezwzględność.
Już na początku wojny grupa zajęła się gromadzeniem każdej możliwej broni palnej. Pozyskiwano ją z jednostek wojskowych, Policji i ochrony. Przejmowano od powracających z potyczek na wschodzie i zachodzie kraju żołnierzy.
Gdy wszedł do domu zdziwienie było zupełne. Przyjaciele popatrzyli na siebie wymownie lecz tylko Franek zachował spokój i pewność siebie.
- Witam kolegów, jestem Andrzej a mówią na mnie Jędrek.
Powiedział na powitanie i podchodząc do każdego przywitał się  patrząc zimno każdemu prosto w oczy.
Już wiedzieli co było tak niezwykłego i co robiło takie niezapomniane wrażenie w tym drobnym chłopaku. To jego wzrok. Silny i paraliżujący, przenikający do wnętrza i przeszywający na wskroś. Wytrzymać tego spojrzenia, tego kontaktu wzrokowego, nie był w stanie żaden z przybyłych. Wystarczyła chwila i opuszczali wzrok z dziwnym uczuciem pokonania, podporządkowania, uległości.
- Siądźmy.
Powiedział Jędrek widząc ich zakłopotanie i obdarzył promiennym uśmiechem każdego z nich. Ten uśmiech to jak powrót do życia. To tak jakby słońce nagle zaświeciło w środku ciemnej nocy.
Co to za człowiek?
Zastanawiali się wszyscy.
Kim on jest?
Wiedzieli jednak jedno. To ich przywódca. On i nikt inny!
Usiedli jak zahipnotyzowani. Pierwszy odezwał się i zagaił odzyskując pewność siebie Franek. Zwracając się do gościa powiedział.
- Andrzej ma nam coś ważnego do przekazania. Proszę.
-  Słyszałem od Franka, że chcielibyście zaangażować się w działania przeciw Niemcom, szukacie kontaktu i jesteście gotowi podjąć ryzyko nawet oporu zbrojnego przeciw okupantowi.
Stwierdził raczej niż zapytał Andrzej a zebrani pokiwali skwapliwie głowami.
- Krótko powiem na czym polega nasza działalność. Po pierwsze to zbieranie informacji o tym co planują na naszym teranie  władze okupacyjne. Dotrzeć należy do wszystkich, którzy mogą dysponować jakimkolwiek źródłem informacji. Urzędnicy, zarządzający, żołnierze i każdy kto ma kontakt z okupantem. To jest działalność bardzo niebezpieczna. Powiem wprost,  należy się liczyć z najgorszym aresztowaniem, torturami i utratą zdrowia i życia włącznie. W zamian nie zyskujecie nic. To jest konspiracja i działalność na rzecz ojczyzny. Wybór należy do was. Nie nalegam i nie oczekuję natychmiastowych deklaracji. Wasza decyzja musi być przemyślana. Ten kto się zdecyduje musi liczyć się z represjami. On i jego rodzina też. Kto nie chce się angażować musi zapomnieć o naszym dzisiejszym spotkaniu oraz o tym kto w nim uczestniczył. Wasze dzisiejsze spotkanie miało cel towarzyski i polegało na wypiciu alkoholu oraz dobrej zabawie wśród przyjaciół.
Zakończył  stanowczo i popatrzył po zgromadzonych, którzy w  milczeniu i wielkim skupieniu oraz z szacunkiem wpatrywali się w Andrzeja pseudonim ‘Jędrek’, który w przyszłości stał się wielkim postrachem dla tych co wprowadzali swoje okupacyjne ‘prawo’ na terenie Powiatu.
- Rozumiemy.
Odpowiedział Franek czujący się gospodarzem tego spotkania a Janek Prawicki dodał.
- Ile mam czasu do namysłu?
- Niewiele. Za kilka dni w środę będę na targu możemy się spotkać w miejscu targu końmi. Będziemy próbować kilka koni.
- Dobrze, będę na pewno.
Odpowiedział Janek a w jego głosie wyczuwało się zdecydowanie i wyglądało to tak jakby już podjął decyzję. Rzeczywisty powód był jednak inny. To wielka miłość do Evy i ich dziecka oraz wiszące nad nimi zagrożenie skłaniało go do szukania ratunku gdzie było to tylko możliwe. Drżał o nią i o Sarę i był gotowy zrobić wszystko aby ich uratować.Walczył o życie swojej rodziny i był gotowy dla nich poświęcić wszystko, nawet swoje życie.
- Będę czekał na twoją decyzję, przemyśl wszystko i daj znać.
Odpowiedział Andrzej i znów uśmiechnął się promieniście spoglądając po ich twarzach.
- Ja też przyjdę.
Powiedział Franek. I popatrzył na Pawła. Lecz ten milczał i widać było, że rozważa swój wybór i walczy z podjęciem jakiejkolwiek decyzji.
Andrzej wstał szykując się do wyjścia uważając wizytę za zakończoną. Przed wyjściem dodał stanowczo.
- Posiedźcie tu trochę, wypijcie a o rozmowie niech zapomni ten kto nie chce się angażować.
Te ostatnie słowa wypowiedział znów z tak wielkim naciskiem a podając rękę na pożegnanie obrzucił wszystkich tym swoim lodowatym, przenikliwym spojrzeniem, które zamroziło serca i wywołało ciszę, którą można było usłyszeć i niemal jej dotknąć. Długo milczeli i prawie bez słowa wypili stojący na stole alkohol.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#103 03.30.2014 06:45:10

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

ZWIERCIADŁA DUSZY.
Józia szybko nabierała kształtów a ich dziecko rosło prawie tak szybko jak ich nowo budowany dom. Mimo swojego stanu Józia nie chciała siedzieć tylko w domu i spędzać czas z Anielką. Nie chciała tylko siedzieć i czekać na Jakuba nic nie robiąc, oprócz podstawowych domowych prac. Gdy było to tylko możliwe wymykała się biorąc małą za rękę i wędrowała popatrzeć jak też prace postępują. A gdy tylko przychodziła zawsze coś chciała pomóc. A to deskę zagubioną odniosła na jej miejsce a to znów wodę do kastra na zaprawę nosiła a to znów narzędzia oczyszczała i układała na swoim miejscu. A jak krzyż jej się we znaki dawał przysiadała gdzieś cichutko i odwijała z białej szmatki drożdżowy pachnący placek i jadły obie z Anielką wpatrzone w siebie i szczęśliwe jak nikt ze swej bliskości. 
Bauman na czas przygotowania Józi do porodu zatrudnił tymczasowo inną dziewczynę i obiecał, że gdy tylko urodzi i się dobrze będzie czuła może wracać na swoje miejsce do sklepu. Mówił coś o tym, że bez niej to nie to samo a klienci tak się do niej przyzwyczaili, że nie chcą aby ktoś inny ich obsługiwał, doradzał, polecał i obdarzał promiennym uśmiechem. Jakubowi zajęć nie brakowało. Wyjeżdżał wciąż poza miasto i często wracał późno. A gdy miał robotę na miejscu to przy okazji dowoził na budowę co się tylko dało. Często widząc żonę mówił do niej.
- Idź do domu odpoczywaj i dbaj o siebie.
Ale wiedział doskonale, że tu Józia odpoczywa najlepiej a jej słowa o tym świadczyły gdy odpowiadała.
- Do domu? Tu jest mój dom i mój mąż.
Podkreślał dumnie i patrzyła mu głęboko w oczy a on topniał pod tym spojrzeniem, uśmiechał się i obejmował czule całując.
Majster do chłopaków oko puszczał i wymowne spojrzenia wymieniał. A czasem żartował.
- Oj coś mi się widzi, że ten dom za mały będzie?
- A dlaczego to pan majster tak sądzi?
Odpowiadał któryś z jego pomocników niby nie wiedząc do czego majster zmierza.
- A bo to widzisz  jedno za rękę drugie pod sercem a popatrz jak im ochoczo i śpieszno chałupę dalej zaludniać!
A wszyscy po tej puencie majstra wybuchali gromkim śmiechem a Józia pąsowym rumieńcem się zalewając wzrok spuszczała i uśmiechał się do siebie ze swojego szczęścia jakie ją prostą i biedną dziewczynę spotkało.
Czas mijał i zbliżał się też termin porodu. Jakub zaopatrzył dom w potrzebne w takich przypadkach podstawowe rzeczy i coraz bardziej nalegał na Józię by teraz chociaż ten ostatni miesiąc przed porodem w domu zostawała z małą. Przyzwyczajenie jednak i te spacery na świeżym powietrzu oraz wspaniały widok nowego domu przyciągał Józię toteż kiwała tylko głowa i mówiła.
- Dobrze mi te spacery robią i czuję się dobrze. Daj kobiecie decydować co jest dla niej najlepsze i co jest najlepsze dla naszego syna.
- Ot uparła się.
Mówił Jakub i dodawał.
- A skąd to ty wiesz, że to syn będzie?
- A mówiłam ci głuptasie, że kobieta wie takie rzeczy i sam zobaczysz jak przyjdzie pora. A teraz gdy ja się cieszę, że tu być mogę i moje serce jest szczęśliwe to wiedz, i to że i on się cieszy i zobacz, zobacz tylko sam jak podskakuje.
I kładła jego dłoń na swoim brzuchu i oboje czuli jak dziecko rwie się na ten świat.
Uśmiechał się i odchodził do swoich zajęć szczęśliwy.
Tymczasem w domu zaczęto przybijać trzcinowe maty. Były to połączone cienkim giętkim drutem maty, które przybijano specjalnymi gwoździami o dużych zakrzywionych łebkach do ścian i sufitów a później po wykonaniu instalacji w specjalnych aluminiowych pachnących asfaltem rurkami całość tynkowano zaprawą wapienno piaskową.
Przyszła i Józia też, jak zwykle popatrzyć, a że i okna w tym dniu wstawili to i dom nabrał swojej duszy. Często ludzie mówią, że oczy są zwierciadłem duszy i chyba to samo można powiedzieć o domowych oknach. Gdy okna wstawi się do nowego domu to cały jakby duszy nabierał, ciepła, cichości i spokoju, które do tej pory przez puste otwory uciekało z przeciągiem. Toteż każdy chce wejść i poczuć ten dom od wewnątrz, powąchać i posłuchać, zatopić się w ciszy i spokoju który daje.
Po małym podeście zbitym naprędce z desek wchodziła też i Józia trzymając pod pachą kawałek trzciniastej maty zobaczyć od środka ich wspólny dom z oknami gdy w pewnej chwili pociemniało jej w oczach i tracąc równowagę upadła wprost na przygotowaną drewniana konstrukcję schodów, które stały obok. Krzyknęła tylko gdy wielki ból przeszył ją całą i straciła przytomność a z oczu popłynęły jej dwie wielkie łzy.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#104 04.06.2014 20:27:03

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

NOWE PORZĄDKI

Cały skład drewna Millera trafił na stadion. Znajdował się tam Miejski Klub Sportowy, Makkabi, który został teraz zamknięty a na murawie stadionu powstawały z drewna zabranego ze składu Millera jeden po drugim drewniane baraki. Zatrudnieni okoliczni pracownicy zwerbowani spośród Żydów i Polaków, cieśle i stolarze uwijali się od rana do nocy pod nadzorem nowego zarządcy stadionu. Nazywał się Knapke i zamieszkał tymczasowo w odebranym przez okupantów hotelu, który należał do Izraela Opta. Obecnie zarządzającym w hotelu został Antoni Bełczowski i jego żona Helena. Antoni wykonywał poprzednio drobne prace, sprzątanie i naprawy a Helena była zatrudniona w hotelu przez Izraela Opta jako pokojówka i praczka. Tak to byli pracownicy, stali się po wysiedleniu do getta poprzednich właścicieli zarządcami a z czasem właścicielami hotelu.  Knapke pilnie teraz doglądał wykonywanych prac na byłym żydowskim stadionie, pokrzykując raus, raus, raus. Knapke nie był czynnym wojskowym, chociaż nosił wysokie wojskowe buty oraz żelazny krzyż za zasługi z pierwszej wojny światowej. Knapke był przedsiębiorcą i tak zawsze o sobie mówił.  Spośród wszystkich wyróżniała go jeszcze, oprócz żelaznego krzyża, przed którym stawali na baczność i salutowali nawet oficerowie wyższego szczebla, swastyka, która teraz oznaczała przynależność do rasy panów.  Knapke nigdy się nie rozstawał ze swoim żelaznym krzyżem i ze swastyką na ręce, manifestując w ten sposób przynależność do niemieckiej partii. Wielka i widoczna z daleka, opaska na prawej ręce, zawsze czysta i wyprasowana, zakładana do każdego rodzaju ubrania marynarki, koszuli czy płaszcza to wyróżniało Knappkego. W sposobie bycia wyprostowanej sylwetce oraz krótkim i wydawanym podniesionym tonem i nie znoszącym sprzeciwu głosie można było jednak rozpoznać byłego karnego i posłusznego żołnierza, który nie znosił sprzeciwu. Gdyby nie ten żelazny krzyż, nikt by nie przypuszczał, że ten około czterdziestoletni mężczyzna ma za sobą udział w minionej tragicznej dla wielu Niemców, Rosjan,  Polaków,  Francuzów i innych nacji i narodowości, wojnie. 
Na polecenie Knapkego wzmocniono też ogrodzenie stadionu a przy bramie postawiono wygodną i dobrze zaopatrzoną na zimę budkę dla strażników oraz ustawiono kolorowy szlaban. Co budowano na miejskim stadionie?  Wieści rozchodziły się różne. Jedna wiadomość była pewna. Znajdzie tu zatrudnienie wielu mieszkańców miasta. Dlaczego jednak Niemcy tak spieszyli się z tą inwestycją to pozostawało na razie tajemnicą. Mówiono o niemieckim porządku, gospodarności i rzetelności.  Wszystko miało się wyjaśnić już za kilka miesięcy. Tymczasem Knapke rozpoczął poszukiwania domu dla swojej mającej w niedługim czasie przyjechać z Rzeszy rodziny.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#105 04.07.2014 10:46:09

JCP
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 04.13.2009
Posty: 3520

Re: Wiktor

Coraz wiecej do zapamietania...

Offline

 

#106 04.07.2014 18:46:44

Look761
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 04.27.2008
Posty: 2856

Re: Wiktor

Potrzebuję trochę czasu aby być na bieżąco ...


"Czy świat bardzo się zmieni , gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy , wkurwieni"
                                                                                                               
                                                                                                       Jonasz Kofta

Offline

 

#107 04.13.2014 18:43:28

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

JCP & Look czyżby wystąpiły watpliwości 'podołania' wątkom ? smile


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#108 04.13.2014 18:45:12

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

DECYZJA

Postanowili wspólnie. Nie była to decyzja jej lub jego. Przemyśleli wszystko bardzo dokładnie. Omówili wszystkie szczegóły jak i co powiedzą pytającym. Komu odpowiadać i jak a kogo zlekceważyć i milczeć. Komu należy zapłacić i jakie dokumenty będą potrzebne teraz i w przyszłości. Wiedzieli oboje, że to bardzo trudna i odpowiedzialna decyzja. Wiedzieli, też że w zawierusze wojennej niewiele osób będzie pamiętać, dochodzić, kwestionować, pytać i dociekać. W końcu wytłumaczyli sobie to tak. To córka jego brata. To dziecko, to rodzina, ktoś bliski o kogo się dba i szanuje. To ktoś kim należy się zaopiekować i dać mu równe szanse rozwoju, rodzinę, życie! Ten ostatni argument przeważył. To dziecko to ktoś komu należy się opieka i serdeczność choćby z tego względu, że straciła swoich najbliższych, ojca i matkę. Byli pewni, że odeszła i nie ma szans na przeżycie. Widzieli jej pożegnanie i te oczy a w nich prośba o ratunek dla tego dziecka. Kto ma to zrobić? Zadawali sobie to pytanie i odpowiedź była tylko jedna. My. Jedynie oni mogli to zrobić. Była jeszcze jego siostra i jej mąż, ale wszyscy wiedzieli jaki był do nich jej stosunek. Pamięta te ciągłe uszczypliwe uwagi jakie czyniła bratu. Pamięta jak odnosiła się do niej. Jak jej nienawidziła i nie kryła nigdy swoich do niej negatywnych uczuć, przepełnionych nienawiścią graniczącą z odrazą i obrzydzeniem. Była jego siostrą i często zastanawiał się dlaczego jest taka i co miało wpływ na to, że zachowywała się w taki a nie inny sposób. Czy pokrewieństwo ze strony brata będzie dobrym argumentem. Byli naocznymi świadkami tego co się działo. Tych ciągłych rozporządzeń i restrykcji mających na celu jedno zniewolić, upodlić i zniszczyć ten naród ich sąsiadów, klientów, znajomych i przyjaciół a teraz także kogoś kto należy do rodziny. Czy mieli moralne prawo odmówić pomocy? Pewnie tak i pewnie zadawali sobie to pytanie, jakie będzie ryzyko?
Wiedzieli, że tłumaczenie o córce brata może być niewystarczające. Zdawali sobie sprawę że są donosiciele, którzy nie tylko za pieniądze gotowi są do denuncjacji. Byli też tacy co to z czystej satysfakcji wydawali innych  bez mrugnięcia okiem. Choćby ten Herman Bielecki? Jak tylko weszli Niemcy zmienił imię z Henryka na Herman.Wszyscy go znali pamiętali jego dziadka z Moraw, który zakochał się  córce aptekarza Choroszyńskiego. I co z tego że był Niemcem? W miasteczku mieszkali różnej narodowości i wyznania ludzie. Był swój! A  teraz jego wnuczek Herman zakłada opaskę lub wpina w klapę marynarki czy płaszcza znaczek ze swastyką i donosi do niemieckich władz okupacyjnych. A inni? Nazywali siebie praworządnymi obywatelami, którzy chcą tylko przestrzegać ustalonego porządku i prawa. Ale ta nienawiść do innych była najgorsza nie dawała nadziei na przeżycie. Była tak bezduszna jak wydawane rozporządzenia. Litera prawa biorąca górę nad  uczuciami i relacjami ludzkimi, zmieniająca nie do poznania tych zwykłych dotąd zabieganych wokół swoich spraw ludzi w pozbawionych serca, bezdusznych pomocników morderców. Wiedzieli o tym co im może grozić ze strony tych zaprzedanych pozbawianych skrupułów ludzi jednak postanowili podjąć to ryzyko, które miało towarzyszyć całej rodzinie przez następne lata wojny.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#109 04.13.2014 19:07:29

Look761
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 04.27.2008
Posty: 2856

Re: Wiktor

nowy
hi ,hi smile smile smile


"Czy świat bardzo się zmieni , gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy , wkurwieni"
                                                                                                               
                                                                                                       Jonasz Kofta

Offline

 

#110 04.23.2014 10:16:58

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

KOŃSKI TARG 

Spotkali się w targowy dzień. Mniej gwarny niż zwykle z braku tych, którzy dodawali kolorytu i tego specyficznego smaku, który towarzyszył każdej zawieranej transakcji. Targu, który pod pozorem normalności był skupiskiem ludzi pragnących informacji na jakikolwiek temat.Targu gdzie ceny żywności, zboża oraz bydła i trzody były tak wygórowane, że nie było takiego, który pozwoli sobie na zakup czegokolwiek. A oni zamknięci w kwadratach ulic, pozornie wolni lecz bez możliwości wyjścia poza wyznaczony teren, też mieli swój targowy dzień. Oferowali wszystko co mieli by przeżyć. Stłoczeni na małym obszarze, który codziennie przyjmował następnych, wciąż nowych z wrzeszczącymi głodnymi dziećmi z podręcznym dobytkiem ze swoimi problemami ze strachem i nadzieją w oczach i pytaniem powtarzanym z ust do ust. Co dalej będzie z nami?
Razem z nimi zjechali też nowi ‘Mojżesze’, którzy drąc włosy z głowy i brody zaczepiali każdego przechodnia i zwiastowali nieszczęście.
- Szema Izrael!
Krzyczał obdarty prorok na rogu ulicy a przechodnie zatrzymywali się na chwilę wsłuchując w słowa Tory cytowane z pamięci.
- Szema Izrael!  „Ach! Jakże sczerniało złoto, zmieniło się złoto najczystsze! Rozrzucone są święte kamienie po rogach wszystkich ulic. Szlachetni synowie Syjonu, cenieni jak czyste złoto, jakże są poczytani za garnki z gliny - robotę rąk garncarza. Nawet szakale pierś dają i karmią swoje młode; a Córa Narodu okrutna jak struś na pustyni. Z pragnienia język ssącego przysechł do podniebienia; maleństwa o chleb błagały - a nie było, kto by im łamał. Ci, co jadali przysmaki, mdleli na ulicach, a strojni niegdyś w purpurę, obrali leże na gnoju. Wyrósł grzech Córy mojego ludu na zbrodnię Sodomy, co padła w jednej chwili, chociaż nie tknięta rękami. Jej młodzieńcy nad śnieg jaśniejsi i bielsi od mleka, ciałem czerwieńsi nad koral, wyglądali jak szafir. Pociemniał ich wygląd na węgiel, na ulicy nie można ich poznać, przylgnęła ich skóra do kości, wyschła jak drewno. Szczęśliwsi mieczem zabici niż ci, co pomarli z głodu, którzy ginęli bezsilni z braku płodów pola. Ręce czułych kobiet gotowały swe dzieci: były dla nich pokarmem w czas klęski Córy mojego ludu. Dopełnił Pan swej zapalczywości, wylał żar swego gniewu; na Syjonie rozpalił płomień, by strawił jego fundamenty. Nie wierzyli królowie świata i nikt z mieszkańców ziemi, że ciemięzca i wróg się wedrze do bram Jerozolimy. Z powodu grzechów jej proroków i przestępstw jej kapłanów, którzy w jej środku rozlali krew sprawiedliwych, po ulicach błądzili jak ślepi, krwią obryzgani; tak iż nie można było dotknąć ich ubrań. Uciekać!, wołano, Nieczysty! Uciekać!, Nie tykać! Gdy uciekli, błądzili wśród pogan, nie mogli tam zamieszkać.” *
Szema Izrael!!

Przystawali niektórzy na chwilę i wsłuchiwali się w słowa tego współczesnego proroka, który z podniesionymi rękami jak w transie zwiastował nieszczęście temu narodowi zamkniętemu w kwadratach ulic niby wolni ale oczekujący wyroku.

Po drugiej stronie parkanu toczyło się w miarę normalne życie. Choć przesiąknięte obawami i niepokojem dawało nadzieję na przyszłość na zmianę, na inną lepszą przyszłość. A ludzie powtarzali tylko, że taka sytuacja nie może trwać długo, że Europa i sojusznicy upomną się o nich.
Na końskim targu co i rusz odbywały się swego rodzaju próby sił. Zaprzęgano do wozu młodego dorodnego konia a kilku mężczyzn stawało po jednej i drugiej stronie wozu. Chwytali za różne jego części i zapierali się mocno nogami. Następnie gospodarz lekko poganiał zwierzę, koń zapierał się i ciągnął z całej siły a mężczyźni trzymali wóz. Gdy wygrywał koń jego cena rosła a przyjezdni przeważnie górale kupowali to zwierzę. Taki silny koń wykorzystywany był w trudnych warunkach pracy do wyciągania ściętych w górach drzew.  Bywało że gospodarz często używał bata bijąc niemiłosiernie zwierzę, które nie dawało rady z nadmiernym często ponad jego siły ciężarem. Spocony i wystraszony koń stawał na tylnych nogach i próbował sprostać wymaganiu a na jego skórze uderzenia bata zmieniały się w drgające pręgi. Jeżeli ruszył wóz z miejsca, zwycięzcą był tylko jego właściciel. Jeżeli nie, przegranymi byli obaj a zwierzęciu dostawało się jeszcze kilka batów prze milczącej aprobacie gapiów.
Nie każdy jednak chciał sprzedać swoje zwierzę i oddać je tym kupcom. Niektórzy gdy dowiadywali się o tym, że są góralami lub podstawionymi, którzy kupują dla nich konie rezygnowali z dodatkowego zarobku wiedząc jaki los czeka zwierzę gdy trafi do pracy w górach przy wyrębie drzew. Koń wytrzymywał tam tylko od jesieni do wiosny, jeżeli był silny, a inne kończyły ‘przerwane’ w ciągu kilkunastu tygodni. Niektórzy gospodarze mieli tak duży szacunek do tego wspaniałego zwierzęcia, że oddawali je w ręce tych, którzy uprawiali z ich pomocą ziemię i szanowali je tak jak oni. Często też spotykali się na targach a były właściciel widząc swojego sprzedanego konia pogwizdywał na niego. Ten strzygąc uszami nerwowo przebierał nogami i rżał dając do zrozumienia, że słyszy i pamięta. Na takim końskim targu spotkali się pewnego dnia Janek Prawicki Franek Samuel i Andrzej, na którego wszyscy wołali Jędrek.

* - Cytowany fragment pochodzi z Księgi Lamentacji Jeremiasza  4:1-15 w/g  Biblii Tysiąclecia.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#111 04.23.2014 22:40:37

Zoomboy
Legendarny Mistrz Forum
Od: USA
Zarejestrowany: 07.09.2007
Posty: 13193

Re: Wiktor

Bogata historia górali i koni...

Na takim końskim targu spotkali się pewnego dnia Janek Prawicki Franek Samuel i Andrzej, na którego wszyscy wołali Jędrek.

Czekam na ciąg dalszy...


That’s all, folks
Przekażmy sobie znak pokoju.
Hasta la vista, Vaya con Dios
Я возвращусь, Ich werde zurück sein, Je reviendrai, Estarei de volta, Θα είμαι πίσω, I červnu se zpět, Leszek vissza, وحقوق عودة

Offline

 

#112 05.12.2014 21:10:31

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

Historia małego Jasia
Józia trafiła pod dobrą opiekę doktora Wassermana i jego zespołu bardzo szybko. W nocy ‘sytuacja ustabilizowała się’ jak mawiał doktor Wasserman i Jakub otrzymał pocieszającą informację, że zdrowiu przyszłej mamy nic nie grozi i należy mieć nadzieję, że w następnych dniach dojdzie do porodu. Wszyscy jednak wokół wiedzieli, że sytuacja jest poważna i nie jest pewne co będzie z dzieckiem. Akuszerki krzątały się przy łóżku Józi okazując jej dużo ciepłych uczuć i serdecznie troszcząc się o wszystkie jej potrzeby. Jednocześnie  podpytywały.
- A jak planujecie dać na imię dziecku gdy będzie dziewczynka?
Pytały Jakuba.
- Żona powiedziała że będzie chłopiec.
- A skąd ona może to wiedzieć?
- Kobiety wiedzą takie rzeczy.
Odpowiadał Jakub z iskrą nadziei w głosie.
- Wiedzą, wiedzą a jak dojdzie co do czego to jest wielka niespodzianka i ta wiedza nic nie znaczy.
Odpowiadała akuszerka i pytała znowu.
- Jakie imię dacie dziewczynce?
- Anna.
- A chłopcu?
- Ustaliliśmy, że jak będzie chłopiec to damy Jan.
Odpowiadał Jakub a akuszerka dodała odpowiednią adnotację w pokoju pielęgniarek przy nazwisku Józi.
Inna o to samo delikatnie i taktownie dopytywała Józię. Ona również potwierdzała słowa męża. I te informacje na wyraźne polecenie doktora Wassermana trafiły do pokoju pielęgniarek.


Jakub całą noc spędził przy łóżku Józi przeganiany do domu przez personel.
- Niechże pan już idzie do domu.
Słyszał nie raz jeden ale tylko kiwał przecząco głową, wychodził na chwilę na korytarz i zaraz wracał do  sali w której leżała Józia. Doktor Wassermann zgodził się z braku obłożenia łóżek umieścić Józię w pustej sali i pozwolił Jakubowi przebywać w niej wraz żoną.
Dobiegające odgłosy porodów z sali w końcu korytarza zwiastowały pośród krzyków i bólu nadejście nowego życia. Wyczekiwanego ze zniecierpliwieniem przez rodziców i całe rodziny.
- Nic pan tu nie pomoże, proszę iść do domu panie Prawicki.
Oświadczyła pielęgniarka z nocnej zmiany. Ale było to raczej z troski o niego samego. Każdy widział jak Jakub ten pełen werwy, tryskający humorem młody mężczyzna zmienił się nie do poznania od wczorajszego dnia.Troska o Józię na przemian z troska i obawą o ich dziecko wyczerpały tego silnego mężczyznę nie do poznania. Późnym wieczorem siostra Jakuba, Katarzyna przyniosła zawinięty w lniana ściereczkę żytni wilgotny chleb posmarowany masłem i posypany obficie gruba solą oraz pieprzem. Była to ulubiona kolacja Jakuba jaka przygotowywała mu Józia. Podziękował upił łyk herbaty i powiedział, żeby juz poszła do domu bo nic tu po niej. Zapytał jeszcze o Anielkę a gdy powiedziała, że jest w domu razem z babcią, matką Józi uśmiechnął się tylko i stanowczym gestem ręki nakazywał aby już poszła.
Nad ranem zdrzemnął się trochę zmęczony tym trudnym dla niego czasem ostatnich godzin. Obudził go ruch przy łóżku Józi. Specjalny wózek wjechał na salę. Józia z wykrzywionym grymasem bólu na twarzy spoglądała na niego wystraszonymi oczami. Personel zgrabnie przełożył pacjentkę na wózek i w pośpiechu przewieźli ją na salę porodów. Wyczekiwanie było nie do zniesienia. Po trzech godzinach Józia urodziła chłopca. Ze względu na zły stan zdrowia dziecka akuszerka ochrzciła dziecko polewając mu główkę wodą i wypowiadając taką samą w takich przypadkach formułkę.
- Chrzczę cię w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego i nadaję ci imię Jan.
Stało się teraz jasne w jakim celu personel wypytywał jakie imię przyszli rodzice chcą dać swemu nowo narodzonemu dziecku. Praktyka chrzczenia dzieci w szpitalu po porodzie dotyczyła noworodków, którym nie dawano szans na przeżycie lub takich które rodziły się martwe. Akuszerki jednak kierowały się swoim niepisanym prawem i w chwili porodu uważały takie nowo narodzone dziecko za żywe i nadawały mu imię, które pochodziło z wywiadu z matką lub ojcem dziecka. W przypadku gdy rodzice nie wybrali imienia dla dziecka nadawały mu imię wymyślone naprędce przez siebie lub imię  ‘świetego’, który obchodził swoje imieniny w tym dniu. Tak też zapisywano nowo narodzone dziecko w książce porodów.
Mimo tego wydarzenia mały Jan syn Józefy i Jakuba żył jeszcze trzy dni a swoją wolą życia i walką o nie zadziwił lekarzy i personel szpitala miejskiego.

Małe drewniane pudełko, które Jakub zamówił specjalnie na ten cel zaniósł Jakub na cmentarz zabierając swego syna z miejskiej grabarki. Poprosił księdza o kilka słów modlitwy nad ciałem zmarłego syna następnie położył dziecko na wyściółce tej małej trumny i przykrył małym kawałkiem obszytej białą koronką serwety. Położył wieko i wbił gwoździe.Prosił księdza o mszę żałobną i pogrzeb syna lecz ten wyjaśnił krótko.
- Kościół nie praktykuje pogrzebów nieochrzczonych noworodków.
- Proszę księdza syn został ochrzczony przez położną w szpitalu w chwili narodzin.
Oponował Jakub.
- Położna nie ma święceń kapłańskich i jest to tylko symboliczne nadanie imienia dziecku a nie chrzest.
- Ma tutaj ‘Akt urodzenia’ syna.
Nie dawał za wygraną Jakub.
- Ja wszystko rozumiem ale powtarzam ‘Kościół nie praktykuje pogrzebów nieochrzczonych noworodków’ a tylko Bóg osądzi kto jest godzien dostąpić niebiańskiego życia.
Zakończył kapłan, złożył ręce do modlitwy a jego usta poruszały się bezgłośnie przerywanym co jakiś czas słowem.
-  Amen.
-  Amen. Powtarzał Jakub a jego cierpienie i pokora przechodziły kolejną bolesną próbę. I pragnął tylko jednego aby to zakończyło się jak najszybciej.
Gdy stali nad rozkopaną u stóp mogiłą gdzie na drewnianym krzyżu widniała tabliczka z napisem Eugeniusz Dominik, Jakub wiedział, że już dobiega kresu ten najgorszy i najbardziej bolesny okres w jego życiu.
W tej cichej uroczystości uczestniczyli tylko Jakub, Katarzyna, siostra Jakuba i Szczepan Wróblewski, który budował grobowce oraz pomniki a także prowadził ‘inwentaryzację’ cmentarza.
Teraz też zanotował coś na temat tego nietypowego pochówku i spuścił głowę w modlitwie gdy biały jak śnieg Jakub przysypywał czarną i wilgotną cmentarną ziemią małą drewnianą paczkę a w niej ciało swego zmarłego syna.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#113 05.16.2014 08:23:38

JCP
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 04.13.2009
Posty: 3520

Re: Wiktor

Odswiezam fakty czytajac kolejne "segment" w TP.

Offline

 

#114 05.21.2014 21:03:06

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

JCP napisał:

Odswiezam fakty czytajac kolejne "segment" w TP.

smile


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#115 05.21.2014 21:04:16

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

Stara miska
Strach wychodził z każdego zaułka zamkniętych i odgrodzonych od reszty miasta ulic gdzie stłoczeni w nieludzkich warunkach zamieszkali do tej pory wolni i cieszący się poważaniem jego obywatele. Teraz byli to pozbawieni praw, żywności i godziwych warunków do życia ludzie zdani na łaskę swoich panów i oprawców. Szczególnie jeden z nich nowy Burmistrz miasta,  Bruno Shulz, budził paniczny lęk wśród mieszkańców tej nietypowej ‘dzielnicy’ a to z powodu bestialstwa jakim się wsławił w czasie wizyt, które od pewnego czasu składał codziennie w tym miejscu. Inspekcje nowego burmistrza rozpoczęły się w chwili gdy Getto było już pełne i zaprzestano zwozić tu nowych ‘przesiedleńców’, którym obiecywano ‘nowe dobre miejsce do życia’. Przyjeżdżali mając nadzieję, jeszcze ufni, wierząc w te słowa o nowej ziemi, nowym miejscu i choć wszystkie fakty wskazywały na coś zupełnie innego nie chcieli uwierzyć w najgorsze. Trzymali się do końca mocnym uchwytem nadziei, która umiera ostatnia. I czekali na dalszy etap tej drogi do obiecanej ziemi. Kiedy pojadą dalej? Wkrótce. Odpowiadało wielu pytanych. Bo czyż można zniszczyć, wymazać cały naród? Mawiali na pocieszenie. Zadawali sobie to koszmarne pytanie i przecząco kiwali głowami w odpowiedzi. Tylko nieliczni upominali i wskazywali na symptomy nadchodzącej zagłady. Jednym z nich były wizyty Shulza. Zaczęło się pewnego jesiennego przedpołudnia. Drewniana brama skrzypnęła i w asyście dwóch żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału wszedł ubrany w wojskowy mundur  Burmistrz Shulz. Przechodnie ustępowali z chodnika pełnego brudów i wylewanych wprost na ulicę nieczystości przed kroczącymi, burmistrzem i jego asyście. Kłaniali się nisko i spuszczali głowy jak przyłapane na niedozwolonych figlach dzieci. Lecz było w tym coś groźnego i nienaturalnego gdy szanowani wcześniej obywatele miasta, którzy pełnili funkcje radnych, mających sklepy, hotele i apteki oraz szanowani przedsiębiorcy schodzili z chodnika zdejmowali kapelusze i spuszczali głowy. Czy wiedzieli że to nie jest normalne? Pewnie tak! Czy zdawał sobie sprawę z tego ten, który maszerował chodnikiem? Pewnie nie! Dla niego było to normalne. Jego wychowanie wojskowe i ideologiczne wyszkolenie uważało taki stan rzeczy za naturalny.

Zdarzają się przypadki, że  ludzie z obawy o swoje i innych życie gotowi są do zaskakujących reakcji, poświęceń i heroicznych  czynów, które wzbudzają podziw ogółu. Bywają też  sytuacje całkowicie przeciwne gdzie strach jest tak silny, że obezwładnia i paraliżuje w taki sposób, że ludzie nie są w stanie uczynić nawet kroku nie mówiąc już o jakiejkolwiek reakcji na to co się dzieje wokół. Tak było i w tym przypadku. Na chodniku, którym przechadzał się i odbierał wymuszone wyrazy szacunku nowy Burmistrz miasta Bruno Shulz, na tym samym chodniku, siedział starzec z długą siwą brodą w starym kapeluszu i postrzępionym ubraniu a przed nim stała miedziana, kiedyś pokryta srebrem, pusta żebracza miska, do której przechodnie wkładali dla tego człowieka jakieś zbywające resztki jedzenia. Czasem był to ugotowany ziemniak innym razem chleb, jabłko lub kawałek ciasta z domowego wypieku. Nikt nie znał tego człowieka i nie wiedział skąd pochodzi i gdzie mieszka. Pojawił się nagle, siedząc od rana do wieczora wciąż w tym samym miejscu, dziękując za każdy dobry gest i dar pozwalający mu przeżyć kolejny trudny w tym miejscu dzień.Wrósł w ten specyficzny krajobraz cuchnącej ulicy, której nikt nie sprzątał i z której brud zmywał tylko ulewny deszcz.  Wieczorem znikał w przylegającej bramie, która służyła mu też jako schronienie w czasie niepogody. Nikt nie wiedział gdzie spędza noce a rankiem pojawiał się znowu ze swoim nieodłącznym atrybutem, starą posrebrzaną miedzianą miską, która pamiętała czasy świetności i pewnie stawiana była na koronkowym białym  obrusie, obok innej srebrnej zastawy a pokarmy podawane na niej musiały być wyszukane i o wyjątkowych smakach. Dziś spełniała podobną rolę a te proste pokarmy w tej chwili były tak wyszukane i pełne smaku jak kiedyś tamte. Więcej, były bardziej wartościowe i przewyższały tamte, ponieważ pozwalały na przeżycie kolejnego dnia. Do tego starego Żyda doszedł wolnym krokiem Bruno Shulz i spojrzał na niego pełnym nienawiści wzrokiem wyczekując, że starzec poderwie się z chodnika i stojąc w rynsztoku pełnym nieczystości z kapeluszem w ręku pokłoni się nisko w taki sposób jak czyniła to reszta. Tymczasem nic takiego się nie zdarzyło. Stary człowiek ze smakiem zjadał coś ze swojej starej miski i zajęty osunęło tą życiowa czynnością nawet nie zauważył nadejścia tego komu w imię nowego prawa winien był oddać pokłon i szacunek. Teraz wypadki potoczyły się bardzo szybko. Bruno Shulz wyciągnął z kabury pistolet i strzelił dwa razy do starca. Kule przeszyły serce powodując natychmiastową śmierć a ciało bezwładnie osunęło się na chodnik. Stuknęła o bruk stara miska i zadźwięczała głośno w tej wyjątkowej ciszy jaka nastała. Zadźwięczała tak smutno jakby straciła swego najlepszego przyjaciela. Przestraszeni ludzie rozpierzchli się z krzykiem i na pustej ulicy zapanowała znów grobowa cisza. Shulz przeszedł do końca opustoszałą ulicą i wrócił jej drugą stroną. Przy wyjściu polecił ‘posprzątać’ ulicę wskazując na ciało starca z siwą brodą leżące nieopodal.

Przed wieczorem na dwukołowym wózku wywieziono starego człowieka zawiniętego w białe płótno a z nim jego starą posrebrzaną miedzianą miskę oraz tałes, modlitewny szal z obciętymi frędzlami, który ktoś położył obok starej miski i pochowano razem na żydowskim cmentarzu. Zgodnie ze zwyczajem przechodnie podchodzili do jadącego wózka i w tych kilku krokach towarzyszyli staremu w jego ostatniej drodze. Drodze, która dla nich kończyła się przed drewnianą bramą.

Burmistrz miasta Bruno Shulz często przechadzał się ulicami Getta i często też jego wizycie towarzyszyły strzały, śmierć i panika żyjących  tam ludzi, których jedyną winą była tylko przynależność do narodu, na który wydano wyrok. Wielka machina śmierci, która miała przynieść zyski wielu przedsiębiorstwom od kolei do zakładów chemicznych, miała ruszyć już wkrótce. Wkrótce też Shulz, mały trybik tej wielkiej machiny, zyskał miano bestii a skrzypienie otwieranej bramy wzbudzało w ludziach strach i panikę. Całe miasto wiedziało o krwawych wyprawach nowego włodarza miasta do tej specyficznej jego dzielnicy do Getta.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#116 06.26.2014 20:05:38

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

Zamach.

Mała polana w głębi lasu stała się teraz istnym poligonem doświadczalnym.
Środek polany zamieniono na skrzyżowanie ulic Prostej i Zatylnej, która została zamknięta małym szlabanem. To tu w miasteczku zaczynał się wydzielony przez władze okupacyjne teren, na którym w nieludzkich warunkach koczowali jego mieszkańcy pochodzenia żydowskiego.
Na każdym rogu stało dwóch mężczyzn zajętych na pozór swoimi sprawami. Od ulicy Zatylnej zbliżał się mężczyzna w wojskowej niemieckiej czapce. W tym czasie można było zaobserwować małe poruszenie na każdym rogu gdzie stali mężczyźni.
Jeden z nich zaczął dość wyraźnie gestykulować. Wykonywał ręką opisujące ruchy i tłumaczył jednocześnie drugiemu, że ulica ta została zamknięta i chcąc dojść do garbarni musi udać się  droga okrężną. Inny mężczyzna po drugiej stronie tego leśnego skrzyżowania wyciągnął po jakimś czasie benzynową zapalniczkę zrobiona z gilzy jakiegoś dużego kalibru naboju i krzesał snop iskier, próbując zapalić drugiemu papierosa. Jak na komendę ruszyło w kierunku środka tej zainspirowanej krzyżówki z dwu stron dwu innych mężczyzn, bacznie rozglądając się na boki. Jednym z nich był Janek Prawicki. Już po raz kolejny do znudzenia powtarzali to samo. Trawa na polanie była już tak w tych miejscach wydeptana, że każdy na pamięć wiedział gdzie ma stać i w jakim kierunku iść gdy zobaczy znaki. Janek znał już ten plan w każdym najdrobniejszym szczególe.

To jego wybrał po długim namyśle Jędrek do wykonania tego specyficznego zadania. Długo się zastanawiał komu powierzyć to pierwsze i najtrudniejsze zadanie. Zwyciężyło przeświadczenie i zimna kalkulacja, pozbawiona jakiegokolwiek uczucia. Tak, bił się z myślami i wiedział, że jego wybór jest niemoralny. Ale zdawał sobie sprawę również z tego, że Janek nie cofnie się przed tym zadaniem i przed jakimkolwiek innym wymierzonym przeciwko okupantowi, który pozbawił go jedynej miłości jego życia. Tak to Eva grała tu główną rolę. To dla niej był gotowy do największych poświęceń a miłość dodawała mu sił i była ślepa na ryzyko. Walkę moralną już dawno przegrał gdy lotem błyskawicy rozchodziły się słuchy o masowych mordach popełnianych na Żydach w okolicznych lasach. Ponad to ulica Różana a raczej jej koniec położony u wylotu z miasta stał się osobliwym miejscem gdzie o tych bestialskich mordach dowiedzieli się wszyscy.
Raz lub dwa razy w tygodniu pod areszt miejski podjeżdżały dwa samochody ciężarowe wykonane z solidnej blachy bez okien. Z tyłu pojazdu znajdowały się tylko jedne drzwi, które miały bardzo solidne zawiasy oraz zamknięcie. Miejscowa ludność, nie znając ich przeznaczenia, nazywała początkowo te pojazdy ‘więźniarkami’.  Niemcy na te ‘więźniarki’ mówili Sonderwagen. Wykonane z solidnej blachy bez okien sprawiały wrażenie, że mogą służyć do przewozu niebezpiecznych przestępców.
Jednak przeznaczenie tych pojazdów było całkowicie odmienne a przekonali się o tym pewnego dnia mieszkańcy ulicy Różanej gdy załadowano do takiego samochodu grupę około czterdziestu osób pochodzenia żydowskiego, których złapano ukrywających się w okolicznych wsiach. Mężczyźni w różnym wieku od młodzieńca do starca, kobiety i przestraszone dzieci przypędzono tutaj i kazano wszystkim usiąść. Kilku żandarmów pilnowało tej grupy paląc papierosy. Znalazło się też kilku gapiów, którzy trzymając się z dala przyszli popatrzeć i teraz żywo dyskutowali co się też stanie z tymi których złapano. Podjechał samochód ‘więźniarka’ i wszystkich wpędzono do środka zamykając drzwi na wielką kłódkę. Strażnicy wsiedli do drugiego samochodu, który zawsze eskortował ten transport. Zapalono silniki i ten dziwny konwój ruszył powoli z miejsca. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów gdy mijano już grupę gapiów okazało się że w jednym z kół pojazdu nie ma powietrza. Szybko kierowca i mechanik przystąpili do wymiany koła wyciągając potrzebne do tego narzędzia oraz zapasowe koło umieszczone z boku samochodu. Lecz w tym momencie nastąpiła rzecz dziwna. Z wnętrza samochodu dało się słyszeć przeraźliwe krzyki zamkniętych tam ludzi. Dopiero teraz ci wszyscy, którzy przyszli popatrzeć zrozumieli co się dzieje. Ta ‘więźniarka’ jak ją nazywali do tej pory mieszkańcy miasta była miejscem kaźni gdzie spalinami z silnika pojazdu pozbawiano życia tych, których tym specjalnym pojazdem przewożono.
Od tej pory mieszkańcy miasta nazywali te pojazdy ‘samochodami śmierci’. Nikt też nie przychodził więcej popatrzeć. A gdy ‘przewożono’ tymi samochodami kogokolwiek, wszyscy wiedzieli i tylko szybko kreślony znak krzyża zwiastował śmierć kolejnych osób. Szybko wieść ta dotarła do Jędrka. Inne mówiły o zbiorowych mogiłach na skrajach lasów i polanach z dala od domów i zagród.
To po rozkopaniu takiej świeżej mogiły mogli się któregoś dnia sami przekonać co zawierała. Niemiłosiernie wykrzywione i poskręcane splecione ze sobą zwłoki ludzkie. Matki, które do końca obejmowały dzieci i ojcowie tulący swych synów i żony. Umierali razem i razem spoczywali w bezimiennych grobach na skraju lasów z dala od domostw, zapomniani, nieznani, bezimienni.

Wolnym krokiem trzech mężczyzn zbliżało się do krzyżówki . Ten pierwszy w wojskowej niemieckiej czapce i w nienagannie skrojonym i wyprasowanym mundurze szedł pewnie ulicą Zatylną i trzymał głowę uniesioną wysoko. Był tutaj panem, któremu wszyscy schodzili z drogi i nikt nawet nie śmiał spojrzeć mu w oczy. Właśnie opuścił teren zamknięty gdzie budził strach i przerażenie, gdzie wszyscy na jego widok w panice szukali schronienia w bramach i zaułkach. Tych dwóch w starych prochowcach o twarzach bladych i oczach tak zimnych i bezwzględnych jakie tylko może mieć dzikie zwierzę podążali w jego kierunku ulicą Prostą. Nie widzieli się. Stojąca u zbiegu ulic kamienica skutecznie zasłaniała i dawała schronienie. Za kilkadziesiąt sekund ich drogi powinny się przeciąć. Ruszyli zgodnie z ustalonymi znakami. Gdy pierwszy mężczyzna wykonywał opisujące ruchy ręką, wskazując drugiemu jak powinien ominąć zamknięty teren, zaczęli swoją drogę, gdy drugi z mężczyzn niezdarnie przypalał papierosa kolejnemu, krzesząc przy tym snop iskier, wykonaną z gilzy pocisku zapalniczką, w której nie przypadkowo nie uzupełniono benzyny, oni wiedzieli, że to już. Szybko wcisnęli ręce do kieszeni płaszczy, dłoń objęła zimną rękojeść ukrytej tam broni a palec bezbłędnie odnalazł język spustowy. Dochodzili do rogu kamienicy. Z drugiej strony dochodził też ten do którego za chwilę mieli wymierzyć i strzelić.

Pierwszy wystrzelił Janek. Kolejnych strzałów nie słyszał. Teraz podbiegli ci, którzy namierzali ten żywy cel jakim był znienawidzony przez wszystkich Burmistrz miasta. Z kabury zabrali broń a z kieszeni na piersiach dokumenty. Tak skończyła się najkrótsza kadencja, najgorszego w dziejach i kilkusetletniej historii miasta Burmistrza, Bruno Shulzta.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#117 08.28.2014 18:27:36

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

Opuściłem się trochę w tym wątku.



Dużo pracy ostatnio.

     Leń na grzbiecie też dał znać o sobie.  sad

  Teraz (zasłużone) wakacje.  smile

     Kontynuacja powinna nastąpić wkrótce. smile


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

#118 09.01.2014 17:04:19

nowy
Niezaprzeczalna Legenda Forum
Zarejestrowany: 11.05.2009
Posty: 3860

Re: Wiktor

NIECH SARA BĘDZIE W MIEJSCE JASIA

Stanowcze ale nie natarczywe pukanie do drzwi wyrwało z zadumy nad lekturą, pewnego lutowego mroźnego popołudnia Witolda Oparę, miejskiego urzędnika Stanu Cywilnego.
Szybko podniósł głowę zdziwiony, kto to do niego zawitał. Odłożył okulary, włożył zakładkę na czytanej stronie, zamknął książkę i powoli poszedł otworzyć drzwi nieznanemu gościowi.
Zazgrzytał w  drzwiach stary zamek i uchyliły się drzwi przed którymi stał zziębnięty Jakub Prawicki.
- Witaj Jakubie.
Powiedział na powitanie Opara i dodał pytająco.
- A cóż cię to sprowadza do mnie o tak późnej porze?
- Sprawę mam, ważną sprawę.
Odparł Jakub nerwowo robiąc krok do przodu jakby sam się wpraszając do domu.
- Ależ oczywiście, wejdź proszę.
Odpowiedział Opara i uchylając szeroko drzwi zaprosił szerokim gestem Jakuba.
- Usiądź proszę, słucham?
Powiedział Opara gdy już byli w pokoju gościnnym.
Jednak szybko zauważył zdenerwowanie swojego gościa oraz to, że Jakub nie wie od czego ma zacząć rozmowę. Kręcił się nerwowo na krześle i unikał wzroku gospodarza ściskając w ręku czapkę. Nerwowo przy tym pocierał twarz raz jedną raz drugą ręką. Zagaił więc widząc jego zakłopotanie.
- Co tak się kręcisz Jakubie nerwowo jak kot w marcu? Znam twoją rodzinę od tak dawna, że sam nie pamiętam od kiedy. Udzielałem ślubu twoim rodzicom, kolejno zapisywałem urodziny twojego brata i twojej siostry a także twoje. Odnotowywałem też i przykre zdarzenia gdy odchodził ktoś bliski z waszej rodziny. Znam też od dawna rodzinę twojej żony i dobrze wiem  o waszej tragedii o utracie dziecka i serdecznie wam współczuję.
- Tragedia!
Przerwał nagle Jakub jak gdyby się ockną z zadumy.
- Tak panie Opara wiem o tym wszystkim o czym pan wspomniał i to właśnie ta tragedia sprowadza mnie do pana.
Opara uważniej zaczął wpatrywać się w Jakuba. Widział, że poruszył teraz czułą strunę jego życia. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że być może jest to jedyny sposób na otwarcie się tego dumnego a jednocześnie bardzo pokornego i dobrego człowieka.
I nie pomylił się tym razem. Jakub położył zmiętą czapkę na kolanie, porozpinał zimowe palto oraz odwinął ciepły szalik z szyi.
Widział teraz stary urzędnik rozluźnionego człowieka, który wyłoży wszystko z czym przyszedł.
- Panie Opara sprowadza mnie do pana moja tragedia. Wie pan dobrze o moim synku o Janku. Wie pan jaki to był dla mnie i dla Józi cios. Ja z bólem pogodziłem się z tą stratą, choć wspominam o tym prawie co dnia. Józia jeszcze do tej pory pochlipuje po nocach rozpamiętując.
- Wiem, wiem i serdecznie współczuję tobie i twojej żonie.
Szybko wtrącił raz jeszcze Opara.
- Właśnie tę moją, naszą osobistą tragedię chcielibyśmy teraz z pana pomocą zmienić w radość a śmierć w życie.
- Nie wiem do czego zmierzasz Jakubie?
Zapytał szczerze zdziwiony stary urzędnik.
- Chodzi o mojego brata Janka i o jego dziecko.
W pokoju zapanowała na chwilę grobowa cisza. Witold Opara ważył teraz każde słowo swojego gościa. Dobrze wiedział, że Janek Prawicki zakochał się bez pamięci w Żydówce, Evie Goldcykier i to z tego związku przyszła na świat mała Sara. Jego twarz zaczerwieniła się pod wpływem nagłego skoku ciśnienia a myśli  skupiły się tak mocno na następnych słowach, że nie słyszał i nie widział wokół siebie niczego tylko siedzącego przy stole Jakuba. A ten kontynuował ośmielony.
- Panie Opara czy temu dziecku nie należy się żyć?
- ?
- Czy mojemu Jasiowi odmówiłby pan prawa do życia?
- Ależ nie Jakubie!
Omal nie wykrzyknął stary urzędnik i dodał.
- Nie Jakubie, każdy ma prawo do życia a tym bardziej dziecko!  Ja nie chcę być sędzią i nie potępiam nikogo.
Jakub tymczasem sięgnął do wewnętrznej kieszeni zimowego palta i wyjął zawiniątko, które rozsupłał powoli kładąc przed Oparą dwie złote monety dwudziestu dolarowe. Złoto błysnęło swoim żółtym blaskiem a Jakub spojrzał teraz badawczo na Oparę. Na jego twarzy malowało się zdziwienie i zakłopotanie jednocześnie. Domyślał się już o co może chodzić Jakubowi i bał się tego jego planu. Tymczasem Jakub korzystając z tego zakłopotania i zaskoczenia powiedział.
- Panie Opara niech dziecko mojego brata będzie na miejsce mojego Jasia.
- Ale jak!
Niemal wykrzyknął Opara.
- Mój plan jest taki. Proszę zmienić w księgach Jan na Janina i pozwolić żyć dziecku mojego brata pod moim dachem. Niech Sara stanie się Janiną. Niech Sara będzie w miejsce Jasia.
Powtórzył Jakub słowa, które wypowiedziała do niego i Józi Eva gdy przyszła nocą prosić o opiekę i życie dla Sary.
- Czy nie należy się to mojemu bratu za to co zrobił?
Zapytał Jakub z naciskiem na koniec.
Obaj mężczyźni spojrzeli sobie teraz głęboko w oczy. Jakub widział wewnętrzną walkę Witolda Opary, starego i uczciwego urzędnika, który nigdy w swoim życiu nie pozwolił sobie na jakąkolwiek nielojalność czy nierzetelność w sprawowaniu swoich licznych funkcji i obowiązków.
Witold Opara zobaczył w oczach Jakuba wielką determinację w doprowadzeniu swojego szalonego planu do końca oraz strach o przyszłość swoją i swojej rodziny.
Jakub wiedział, że ryzykuje wiele. Pomyślał przez chwilę Witold Opara. Czym ryzykuję ja?
Czy zdobyłbym się na takie ryzyko będąc na jego miejscu?
Przecząco pokiwał głową bijąc się ze swoimi myślami stary urzędnik i powiedział krótko.
- Dobrze. A złoto zabierz. Tobie i twojej rodzinie może być teraz bardziej potrzebne niż mnie staremu człowiekowi.


"Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie świnią"
                                                                            J.Piłsudski

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson
wygląd forum i administracja techniczna Bartłomiej Kozielski
kontakt z właścicielem i administratorem strony forumdetroit@gmail.com